Hulaj duszo - piekła nie ma



Ot sytuacja z wczoraj. Uwolniłem się właśnie od popołudniowego zmywania. Wiedząc, że żona jest gdzieś indziej postanowiłem odszukać Myszę. Coś na mój nos było za cicho. A wiecie, co cisza przy małym dziecku oznacza. Wchodzę do pokoju i od razu zauważam Czpiotka. Leży na łóżku, jakby nigdy nic i coś chrupie. Hm, nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek wchodził do kuchni i coś z niej do jedzenia wynosił. Patrzę na małą rączkę i widzę papierek. Czuję przez skórę, że rąbie coś słodkiego. Nerwa mnie powoli bierze, że żona jej coś takiego dała. Ustaliliśmy, że łakoci jak najmniej.
Pytam więc Małą: –"A co ty jesz?"
Mała bez chwili wahania otwiera buzię i oczom moim ukazuje się coś czekoladopodobnego. Strzelam więc w nią następnym pytaniem, w sumie nie wiem po co, bo odpowiedź wydaje się znana i molestowanie psychiczne żony można zaczynać :).
–"Kto ci to dał?"
–"Ada" – odpowiada bez namysłu.
Z tego nadmiaru cukru pokręciło jej się w głowie – myślę i poprawiam ją.
–"Chyba chciałaś powiedzieć, że mama?"
Zamiast odpowiedzi widzę dziwne spojrzenie. Na to wszystko wpada żona. Widząc Myszę a raczej jej mlaszczący ryjek hamuje i prosto z mostu:
–"A skąd to masz?"
W tym momencie ja robię oczy wilka z Czerwonego Kapturka. Żona widząc to powoli zaczyna rozumieć, że coś nie halo. Skoro nie ja i nie ona, to...? Teraz już tylko trzeba winę małemu złodziejaszkowi udowodnić. Po szybkim śledztwie okazało się, że gdy Mysz została sama w pokoju, korzystając z nadarzającej się okazji przewertowała barek, wyciągnęła sobie czekoladkę, położyła się wygodnie, odwinęła papierek i hulaj duszo - piekła nie ma. Oczywiście wcześniej uprzątnęła wszystko, co z barku wypadło i zamknęła drzwiczki. Zrobiła to tak szybko i tak cicho, że nikt z nas nie zauważył intrygi.
Ręce nam opadły, zwłaszcza po tym, jak spokojnie, z wielką dozą nonszalancji, odpowiadała na nasze pytania. Na koniec żona zaproponowała, że wyrzuci papierek. Wtedy Mysz zerwała się i poszła w stronę kosza na śmieci. Po drodze w pół obrotu dodała jeszcze dobitnie: –"NIEEEE!".
Autor zdjęcia: Feel-the-silence

500+, czyli miało być dobrze a wyszło jak zwykle



Jednym z głównych założeń przy zakładaniu tego bloga było nie mieszanie się do polityki. Nie chciałem zaśmiecać sobie kart czymś, czego tak naprawdę nie znoszę. Czego, dzięki osobom uprawiającym zawód polityka, nie cierpię. I w tym postanowieniu tkwiłem do dzisiaj. Niestety tzw. Projekt 500+ zmusił mnie do napisania paru słów.

Właśnie Sejm ów program przyjął. Program, dzięki któremu Państwo będzie płaciło rodzicowi na drugie i kolejne dziecko po 500 zł. Jeśli dochód netto na jedną osobę nie będzie przekraczał 800 zł, taka rodzina otrzyma także 500 na pierwsze dziecko. Tak sobie wymyśliła opcja obecnie rządząca w naszym kraju. Wymyśliła i skutecznie przez Sejm przeprowadziła. Dalsza droga legislacyjna to już czysta formalność. I dobrze, ale czy na pewno.

Jeśli rzeczywiście Panie i panowie politycy chcieliście pomóc rodzinom w podjęciu decyzji o posiadaniu kolejnych dzieci powinniście przede wszystkim nie rozdawać a zabrać swoje łapy od naszych pieniędzy. Lepszym pomysłem byłoby zwolnienie z podatku VAT wszystkich „dziecięcych” produktów.

Otóż uważam, że nie i to zdecydowanie nie! Dlaczego? To urocze, że Państwo troszczy się o obywateli. Że ma na uwadze dobro rodzin. Że pragnie, aby liczba urodzeń przyszłych podatników rosła. Niestety uważam, że 500+ nijak wpłynie na zwiększenie urodzeń. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie, przepraszam za kolokwializm, robił dzieciaka dla 500 zł, choćby dlatego, że nie wie, co będzie za rok. Skusić się mogą na to jedynie osoby, których randki zaczynają się i kończą pod dyszlem z piwem. Takim osobom drodzy rządzący wystarczy obiecać po flaszce na tydzień i ich reakcja będzie dokładnie taka sama. I zobaczcie, ile to oszczędności dla budżetu Państwa przyniesie. Wybaczcie sarkazm, ale gdy słyszę argumentacje rządu, szlag mnie najjaśniejszy trafia.

Tak więc rząd rozda lekką ręką pieniądze podatników, czyli nasze pieniądze. Komu? Otóż rozda je średnio bogatym, osobom ukrywającym swoje dochody i najbogatszym. Dlaczego, bo jest dolny próg a nie ma górnego. I tak 500 zł dostanie np. pani prezes Łukomska-Pyżalska czy pani prezes Dominika Kulczyk. W tym momencie wtrącenie: nie mam nic do w/w pań. One po prostu skorzystają z możliwości, którą zafundował im rząd. Te skądinąd urocze panie znalazły się w tym tekście, ponieważ są synonimem bogactwa i posiadają więcej niż jedno dziecko. Co więcej pierwsza z nich głośno opowiada, że z tej opcji skorzysta.

Ale wracając do Projektu 500+. Co w takim razie z najbiedniejszymi, co z rodzinami, którym taka pomoc bardzo by się przydała. Ano nie dostanie jej przysłowiowa pani Basia pracująca w supermarkecie i samotnie wychowująca dziecko. Nie dostanie, bo jej dochód netto na jedna osobę wynosi 830 zł. Co z tego, że ma problemy ze związaniem końca z końcem. Kogoś to obchodzi? Umówmy się, na pewno nie polski rząd.

Uważam, że rozdawanie publicznych pieniędzy i to zwłaszcza tym, których stać na godziwe życie, jest co najmniej chorym pomysłem. Panie i panowie posłowie, senatorowie i ministrowie wiedzcie jedno, tym nie osiągniecie zakładanych przez Was celów. Przyjęliście złą metodę. Jeśli rzeczywiście chcieliście pomóc rodzinom w podjęciu decyzji o posiadaniu kolejnych dzieci powinniście przede wszystkim nie rozdawać a zabrać swoje łapy od naszych pieniędzy. Lepszym pomysłem byłoby zwolnienie z podatku VAT wszystkich „dziecięcych” produktów. Butów, ubrań, zabawek, wyprawek, łóżeczek, pieluch, itd., itd. Można? Można! Wiem, wiem, nie zrobicie tego, bo skąd byście wzięli na ośmiorniczki :).

To jest oczywiście jedna z wielu możliwości. Nie będę wymieniał innych, przecież ktoś do cholery w tym kraju bierze za to pieniądze i to nie małe. Moim zdaniem Projekt 500+ powinien jak najszybciej ujrzeć dno kosza. A ci, którzy go opracowali, powinni przyjrzeć się, jak robią to np. Niemcy. I niech nikt nie mówi, że Niemcy są od nas bogatsi, bo 500+ będzie kosztować nasz budżet ogromne pieniądze.

PS. Gwoli ścisłości, nie należałem, nie należę do żadnej partii politycznej oraz z jakąkolwiek nie sympatyzuję. W dupie mam, czy rządzą ci z prawej czy z lewej, z przodu czy z tyłu, z góry czy z dołu. Ważne, aby ich decyzje były przemyślane i mądre.
Autor zdjęcia: DVIDSHUB

Wypad do lasu, lustrowe oszustwo i rajd hulajnogą



Ależ pięknie się zrobiło. Weekend pogodowo wyśmienity, zwłaszcza niedziela. To co lubię, błękit nieba, głośne dokazywanie ptaków. Wybraliśmy się z Myszą za miasto do lasu. Hm, ona chyba pierwszy raz w takim miejscu. Powłóczyliśmy się, pogadaliśmy, ogólnie było fajnie. Po takim spacerze i obiadku Mysz padła... ojciec, korzystając z pretekstu, że niby pilnuje, także :).

W sobotę dość przykre spostrzeżenie. Pojechaliśmy do galerii, żeby kupić suszarkę. Z suszarki wyszły nici, bo wykonanie po prostu tandetne. Co innego zdjęcie, co innego w realu. Bywa. Weszliśmy też do sklepu dosyć znanej marki odzieżowej. Kiedy żona buszowała w ciuchach, ja i Mysza łaziliśmy tu i tam w celu zabicia czasu. Całkiem przypadkowo zajrzałem w lustro i coś było nie tak. Wiecie, że w tych sklepach mają lustra, w których człowieka jest z 20 kilo mniej? Niby nic takiego, ale nie czuję się komfortowo wiedząc, że ktoś próbuje mnie w ten lub inny sposób oszukiwać. Macie takie samo odczucie?

Ale nie było tylko irytująco. Weszliśmy do sklepu sportowego. Tym razem ja myszkowałem a żona zabawiała. Nie minęła chwilka a słyszę: –„Choć, zobacz co ona wyprawia”. Ona znaczy Ada. Oto Mysz zobaczyła hulajnogę i nie było siły, aby ją od niej odciągnąć. Wskoczyła i zaczęła krążyć po sklepie. Ubawiliśmy się patrząc na jej slalom. Jak na dwulatka całkiem nieźle. Zresztą zobaczcie sami. Najlepszy jest moment, kiedy zobaczyła starszą dziewczynkę też na hulajnodze i rzuciła się w pościg za nią :).


W tym tygodniu mamy bilans dwulatka. Zobaczymy, jak wyjdzie. Pewnie będzie "halo", bo Duszek nie chce mówić. Już teraz mogę powiedzieć, że z tego powodu do żadnego lekarza się nie wybieram. Na wszystko przyjdzie czas. Jeszcze będę od jej trajkotania uciekał, więc nie ma sensu, żebym serwował jej teraz dodatkowy stres w postaci następnego doktora. Pewnie napiszę słowo, jak nam poszło.
A tymczasem słońca i ciepła dla wszystkich :)

Weekendowe nowości i tata NEEEEEE!



Ostatnio życzyłem Wam dużo śniegu... i wykrakałem. Za oknem biało i cały czas sypie. Może nie jest to zamieć, ale płatek do płatka... W weekend obserwowałem, co dzieje się na dworze. Śnieg jest, mróz nie za tęgi, czyli warunki do świetnej zabawy idealne. Niestety tylko dzieciaków jakoś nie widać. Dziwne to. Za moich młodzieńczych czasów przy takiej pogodzie wracało się do domu na chwilę, żeby coś zjeść lub zmienić przemoczone ubranie. Widać dzisiaj nie w modzie lepienie bałwana, wojny śnieżne czy zjeżdżanie z górki na czym popadnie. Pamiętam, prócz sanek miałem narty. Ni to zjazdowe, ni biegowe. Takie zwykłe, plasticzane, zakładane na buty. Ale bajer był, bo mogliśmy pozjeżdżać też na takich dziwolągach. A ile w piłkę nożną się człowiek na śniegu natłukł. Przez ta grę omal nie zginąłem, kiedy wróciłem w nowiutkich butach zimowych z oderwaną zelówą. Fajnie kiedyś było... i mokro :).

Kto ma pobujać? Mama! Kto ma nakarmić? Mama! Kto ma się pobawić? Mama! A coś podać, przytulić, ponosić, zrobić pić, przewinąć, poczytać? Mama! a tata? Neeeeeee!

Ten weekend przeleciał pod znakiem nowości. Najpierw z Myszą odwiedziliśmy salę zabaw. Był to jej pierwszy raz, Taty też. Fajne miejsce, taki dziecięcy „małpi gaj” czy raczej gaik. Miałem nadzieję, że Mysia trochę poszaleje, ale gdzież tam. Jej zabawa przede wszystkim ograniczała się do tego, czym bawi się w domu. Auto i kuchnia, nic więcej. Może to i lepiej, bo musiałbym ganiać za nią po tych klatkach, schodach, itp.

Z kolei niedziela to dzień uruchamiania sanek. Mimo, że jeszcze na nich Mysia nie jeździła zachowywała się, jakby taki pojazd towarzyszył jej od dawna. Oczywiście wiadomo, kto robił za konia pociągowego, cóż taki klimat. Raz na wozie, raz przed wozem, bo Ada musiała przecież „siama” powytyczać nowe szlaki. Zdecydowanie najtrudniejszy był powrót. Ogólnie wielki płacz i lament. Może następnym razem będzie spokojniej.

Tak mi się jeszcze rzuciło w oczy, że od paru dni moja córka ma tatowstręt. Tylko mama, mama i mama. Wszystko mama. A tata? Neeeee! I nie chodzi o wieczorne zasypianie, bo wtedy wiadomo, że kiedy Mysia wieczorem w łóżku, to tata z pokoju spada. Tym razem jednak zachowuje się tak praktycznie przez cały dzień. Nie wiem o co chodzi. A było już tak fajnie. Tata zaczynał być ważny tak, jak mama. I masz! Wszystko się popsuło. Może to przez przeziębienie? Zobaczymy, będę to dalej podglądał. A może ktoś z Was ma na to odpowiedź? Tymczasem korzystajcie z białej zimy :).

O słoneczku, mojej Mysi i paru innych sprawach



Witajcie w kolejnym dniu nowego roku. I kolejnym dniu zimy, sami przyznacie, że dziwnej zimy. Trochę smutnej i rozgrzebanej. Raz odrobina mrozu i ciut śniegu a za moment deszczowo i ciemno. I jak tu być w dobrym nastroju. Nie wiem jak na Was, ale na mnie słońce i błękit nieba działają jak najlepszy balsam. Po prostu chce mi się żyć. Więc ukradkiem spoglądam w okno, łudząc się, że schwycę choć jeden najmniejszy słoneczny promyczek. Niestety te wstrętne, ciemne chmurzyska blokują go skutecznie, dokładnie tak, jak kiedyś Dennis Rodman blokował skutecznie dostęp do kosza Pistonsów.

Nowy rok zaczął się u nas od przeziębienia Mysi. Wygląda, że to nic poważnego. Nie cierpię jednak patrzeć na moje dziecko, którego zniewoliła wysoka temperatura. Bidulka zalega wtedy na swojej mamie, poruszając tylko małymi, szklistymi ślepkami w poszukiwaniu pomocy. Ten widok strasznie mnie dołuje. Oby takich w tym roku jak najmniej.

Pewnie słyszeliście o Davidzie Bowie. Szkoda. Co prawda nigdy nie byłem jego wielkim fanem, ale trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że był jedną z ikon muzyki. Mnie najmocniej utkwił w pamięci jeden kawałek, na którym się wychowałem. To właśnie między innymi na "Let's Dance" leciałem ze szkoły na złamanie karku, aby posłuchać i obejrzeć teledysk. Pisałem zresztą, jak pewnie pamiętacie, o tamtych - młodzieńczych czasach w poście: Moje młodzieńcze TOP TEN. Hm, niedobrze. Zaczynają odchodzić ludzie, na których muzyce się wychowałem.

Za półtora tygodnia u nas wielkie święto. Mysia skończy 2 latka. Już dwa lata! Jak ten czas zasuwa. Kiedyś ktoś powiedział, że najlepiej upływający czas widać po dzieciach... miał rację. Jeszcze sporo do zrobienia, ale jakiegoś strachu i przyśpieszenia nie widać. Względny luzik. Muszę pomyśleć o tym, jak w tym roku przybrać „salę balową”. Główny motyw się wyklarował, ale nie myślałem jeszcze o szczegółach. Chyba czas najwyższy :).

PS. Wszystkiego dobrego w 2016 roku dla Wszystkich (mój blog) Odwiedzaczy (bo nie miałem wcześniej okazji). Życzę Wam zimy z obrazka :).
Autor zdjęcia: Larisa-K

Świątecznie :)



12 skojarzeń ze słowem Wigilia



Wigilia – dla niektórych najpiękniejszy dzień w roku. Dla innych tylko jeden z wyjątkowych. Są też tacy, którzy marzą, aby ów jak najszybciej dobiegł końca. Bez względu na to, jak go odbieramy, wiążą się z nim jakieś skojarzenia. Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ja może raz czy dwa. Dlatego postawię sobie to pytanie jeszcze raz. Dzisiaj z racji wieku i doświadczeń odpowiedzi będą zapewne inne niż kiedyś. Zobaczcie więc, jakie obrazy pojawiają się, kiedy usłyszę słowo: Wigilia.

  1. Choinka – zawsze byłem pod wrażeniem tej u dziadków. Wysokiej, szerokiej... ogromnej. Ubranej w tysiące małych, kolorowych, błyszczących ozdób. Lubiłem przy niej siadać i gapić się na te ludziki, stworki, zwierzątka, gwiazdki, rysując je w pamięci. W tym roku u mnie w domu też stanie duża choinka. Może nie taka monstrualna, ale o wiele większa niż dotychczas. Mam nadzieję, że Mysi się spodoba i kiedyś wspomni ją z sentymentem.

  2. Ukrywanie prezentów tak, żeby domownicy ich nie znaleźli. Ile to kiedyś człowiek musiał się namęczyć, żeby je schować. Wymyślał schowki, schoweczki, wkładał w ubrania, kładł na szafie, pod szafą, za szafą, upychał, gdzie się dało :).

  3. Świąteczne utwory – o których pisałem w poście: „17 najpiękniejszych świątecznych kawałków muzycznych”. Ich dźwięki co roku pieszczotliwie łaskoczą moje uszy podczas całodniowej krzątaniny.

  4. „Spróbuj jeszcze tego, tego nie jadłeś” – uwielbiam to. Potrafię eksplodować, gdy słyszę takie zdanie. Nie cierpię, kiedy ktoś zagląda do mojego talerza, albo zmusza mnie do jedzenia. Dlatego nie znoszę tradycji 12 dań.

  5. Filmy Kevin sam w domu i Szklana pułapka II. Wiem, to idiotyczne, aby one kojarzyły się z takim dniem. Mógłbym na siłę udawać, że tak nie jest, ale to nie zmieni faktu, że jednak tak jest.

  6. Szopka – pamiętam jedną, jedyną. Zakupiła ją sobie ciocia za sporą sumkę. Jako dziecko miałem zakaz dotykania figurek. Musicie wiedzieć, że wszystkie były dość duże (ponad 20 cm), wykonane z gipsu i pięknie pomalowane. Cudo.

  7. Setki przyjemnych zapachów – z których każdy zarezerwował dla siebie kawałek miejsca w domu. Wystarczyło zrobić jeden krok a zapach grzybów przechodził płynnie w zapach maku.

  8. Tomek Beksiński – kto słuchał Jego audycji, zawalając całe noce, wie dlaczego.

  9. Brązowe skarpetki – gdy byłem małym chłopcem, ten obciach był prezentowym hiciorem. Gdy nie było wiadomo, co komuś kupić, kupowało się właśnie takie skarpetki. Jak to dobrze, że ten „obyczaj” już minął.

  10. Makowiec, makowiec i jeszcze raz makowiec – tego akurat rarytasu nigdy za dużo. Jestem makowcowym łasuchem, więc w święta nadrabiam :).

  11. Życzenia składane rok temu przez żonę naszej córeczce. Ten obraz siedzących na dywanie dziewczyn zapamiętam na długo. Strasznie dużo emocji i łez.

  12. Kompot ze suszu – pychota, pod warunkiem, że ktoś go nie podgrzeje. Wtedy jest ohydny.
A jak jest u Was? Macie podobne skojarzenia, czy może coś innego przychodzi Wam do głowy? Podzielcie się proszę :).
Autor zdjęcia: Sergé

Czego nie kupować dziecku pod choinkę



Święta lada chwila. To ostatni czas na zakup ciekawego prezentu dla dziecka. Okazuje się, że nie jest to wcale prosta sprawa. Część z Was pewnie już się o tym przekonała. Przy wyborze idealnego upominku powinniśmy zwrócić uwagę na szereg istotnych rzeczy. Zobaczcie, czego unikać, aby prezent był trafiony w dziesiątkę i by dziecko było z niego naprawdę zadowolone.

  • Nie kupuj ubrań – nawet jeśli twoje dziecko lubi się przebierać, to trzeba wiedzieć, że jest to bardziej prezent dla rodziców niż dla dzieci.

  • Unikaj kupowania zabawek na chińskich portalach – nie mają one atestu, więc nie masz pewności z czego są wykonane i czy są zdrowe i bezpieczne dla twojego dziecka.

  • Zamiast plastikowej zabawki wybieraj zabawki drewniane – są bardziej ekologiczne, naturalne, przyjemne w dotyku, „zdrowsze” i nierzadko „mądrzejsze”.

  • Zdecydowanie nie kupuj zabawek zawierających silne źródło światła – taka rzecz  może uszkodzić twojemu dziecku wzrok.

  • Duża maskotka może okazać się dużym kłopotem – za chwilę będzie zawalidrogą i siedliskiem kurzu.

  • Wystrzegaj się zabawkowych serii – one naprawdę potrafią wyssać z portfela rodzica każdy grosz.

  • Nie obdarowuj dziecka zwierzakiem – taki prezent musi być solidnie przemyślany, poparty obserwacjami zachowań dziecka. Może się okazać, że po parodniowym zachwycie opieka nad nowym członkiem rodziny spadnie na ciebie.

  • Nie kupuj dziecku opasłych książek bez ilustracji, za to zapisanych małą czcionką – chyba, że jesteś masochistą, który lubi katować się codziennym jej czytaniem.

  • Unikaj zabawek, które składają się z kilkunastu bądź kilkudziesięciu części – zanim zdecydujesz się na taką zabawkę zastanów się czy twoje dziecko potrafiłoby samo ją złożyć, korzystając często ze skomplikowanej instrukcji.

  • Bezapelacyjnie nie kupuj zabawek, które wydają głośne, wkurzające dźwięki – pamiętaj, że później będziesz skazany na ich codzienne wysłuchiwanie. Taki prezent jest dobry tylko wtedy, gdy kupujesz go dziecku rodziców, za którymi nie przepadasz :)))).

  • Stroń od kupna zabawek, którymi można walczyć – uwierz, pobudka taką pałką czy plastikowym mieczem nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie.

  • Zważ, czy części zabawki nie są za małe dla twojego dziecka – zastanów się, co może się stać, gdy jej mały element dostanie się do przełyku.

  • Koniecznie sprawdzaj wszystkie części kompletu, czy nie ma w nim części o ostrych krawędziach – bynajmniej nie chodzi o zabobony mówiące o stawianiu relacji z obdarowanym na ostrzu noża. Takim drewnianym nożem dodawanym np. do kuchennego kompletu dziecko może wyrządzić sobie wielką krzywdę.
Autor zdjęcia: Steven Depolo

17 najpiękniejszych świątecznych kawałków muzycznych



Dzisiaj troszkę mniej czytania, za to sporo słuchania. Wiecie już, że lubię muzykę. Dlatego co pewien czas popełniam muzyczny post. Tak właśnie będzie dzisiaj. Dziś przedstawiam Wam moje ulubione świąteczne kawałki, które dażę dużym sentymentem. Nie próbuję ich w jakikolwiek sposób klasyfikować czy zestawiać, ponieważ każdy z nich jest wyjątkowy i niepowtarzalny. W każdym z nich jest coś co powoduje, że wprowadzają mnie w świąteczny nastrój. Takiego właśnie nastroju Wam życzę nie tylko podczas słuchania mojej listy. Może komuś zrobi się milej w serduszku.

Do They Know Its Christmas - Band Aid

In Dulci Jubilo - Mike Oldfield

What Christmas Means To Me - Stevie Wonder

The Christmas Song - Nat King Cole

Christmas Time - Cliff Richard

Last Christmas - Wham

Christmas song - Boney M

Let it Snow - Dean Martin

Merry Christmas Everyone - Shakin' Stevens

Driving Home For Christmas - Chris Rea

All I Want For Christmas Is You - Mariah Carey

The Power Of Love - Frankie Goes To Hollywood

Happy Christmas (War Is Over) - John Lennon

Merry Christmas everybody - Slade

Wonderful Christmas Time - Paul McCartney

Jingle Bell Rock - Bobby Helms

White Christmas - Bing Crosby


To moja lista pewniaków. A Wy, dorzucilibyście jakieś swoje typy?
Autor zdjęcia: Just Joe

Jak zrobić bombkę ze sznurka



W tym roku przymierzamy się do zmiany choinki. Do tej pory korzystaliśmy z małej (ok. 50 cm), mieszczącej się na komodzie. Teraz chcemy ją zamienić na znacznie większą, ponad dwumetrową pokojową zawalidrogę. Ja ze swojego dzieciństwa pamiętam właśnie taką. Wielką, przepięknie ubraną, stojącą u babci. Niechaj i mojemu dziecku taki krzak kojarzy się miło ze świętami. Choinka choinką, ale powstaje problem z jej udekorowaniem. Można rzecz jasna kopnąć się do sklepu i kupić, ale to kosztuje i poza tym jest zbyt proste. I tu narodził się pomysł zrobienia bombek samemu. Przyznam się, że nigdy tego nie robiłem a moje słodkie lenistwo nie pozwoliło mi nawet o tym poczytać czy kogoś zapytać. Zobaczcie, co mojej improwizacji wyszło.

Oto bardzo prosty i mam nadzieję, że przystępny przepis na wykonanie samemu fajnych bombek choinkowych. Dodatkowym atutem jest fakt, że możemy taką pracę wykonać z naszymi pociechami.

Do przygotowania moich bombek użyłem jednego białego kordonka (tak naprawdę możecie użyć dowolnego sznurka), kleju wikol i balonów. Potrzebna będzie też pusta plastikowa butelka po wodzie, nożyczki, suszarka i trochę chęci oraz chwila wolnego czasu. Zaczynamy!

Na początku zająłem się przygotowaniem naczynia, w którym sznurek namoczyłby się w rozwodnionym kleju. Do tego potrzebna jest właśnie butelka. Ja obciąłem ją w połowie, zostawiając tylko „wąsy”, które po zagięciu do środka wpychają sznurek do roztworu. Dzięki temu po zrobieniu dwóch otworów, którymi sznurek wchodzi i wychodzi, płyn nie wylewa się z butelki a sznurek podróżuje w wodzie z klejem.


Teraz kolej na balony. To na nich będziemy formować bombkę. Najlepiej kupić balony o takiej wielkości, jakie chcemy mieć bombki. Jeśli nie (tak było w moim przypadku), można użyć zwykłych akceptując większy odrzut materiału (zd.1). Teraz będzie już z górki. Jedną ręką trzymamy nadmuchany balon a drugą owijamy go sznurkiem. Trzeba uważać, aby nie powstawały zbyt duże puste miejsca. Końcówkę wplatamy w splot sznurków. Na końcu polałem całą bombkę płynem z butelki. Tak przygotowany półprodukt potraktowałem suszarką do włosów, susząc go przez 2-3 min. Dzięki temu płyn z bombki nie leje się wartkim strumieniem. Poza tym powietrze w balonie rozpręża się, naciągając sznurek. Następnie wieszamy bombkę, aby wyschła (zd. 2).

Drugiego dnia przebijamy balon i delikatnie usuwamy go ze środka. Teraz można naszą bombkę prysnąć kolorowym lakierem, który całość wzmocni. Ja użyłem białego i dodatkowo nabłyszczacza, ale ładnie wyglądają też złote czy srebrne. Po wyschnięciu pozostaje przywiązanie sznurka lub przymocowanie blaszki do zawieszenia na choince. Taki zaczep można także udekorować np. kolorową wstążką, koralikiem lub szyszką. Na koniec informacja techniczna: z jednego kordonka udało mi się zrobić 10 bombek. A tak wygląda efekt końcowy :).

12 rzeczy, których moja córka nie chce zrozumieć


Codziennie razem z żoną staramy się wprowadzać naszą Mysię w arkana życia. Codziennie pokazujemy, uczymy, tłumaczymy jej, jak najlepiej umiemy, otaczający ją świat. Niektóre rzeczy Mysia chwyta w mig, od razu - tak, jakby znała je od dawna. Ale są też takie „magiczne”, na które jest odporna. Za nic nie chce ich pojąć i zrozumieć, nie mówiąc już o stosowaniu się do nich. Daremne są nasze apele, prośby czy tłumaczenia. Otóż moja córka nie potrafi zrozumieć, że:

  1. ... obowiązuje całkowity i bezwarunkowy zakaz myszkowania w szafkach z ubraniami.
  2. Ilekroć Mysi przypomni się, że takowa szafka istnieje i można ją otworzyć, od razu zaczyna w niej grzebać. Wyjmuje wszystko, wkłada, przewraca do góry nogami, „układa” po swojemu. Fakt, kocha ciuchy. Jak pamiętacie pisałem już o tym w "8 Najlepszych Zabawek Ady", ale przecież to nie jest powód, abym ja miał dodatkowe zajęcie.

  3. ... kiedy ojciec zamyka jedno oko, nie znaczy, że już się nie bawi.
  4. Przyznam się, czasami oszukuję. Kiedy jestem zmęczony, udaję, że się bawię, ale jednym okiem staram się szybko regenerować. Moja córka widzi wszystko i kiedy powieka się domyka, już mam ją na sobie z palcem wkręcającym się w moje oko.

  5. ... brudne łapki potrafią wszystko zafajdać.
  6. Najgorszą rzeczą jest powiedzenie Mysi, kiedy ma brudne ręce: „nie dotykaj niczego, idziemy umyć ręce”. Co wtedy Ada musi? Tak, wtedy Ada musi wszystkiego po drodze dotknąć. Brrrrr!

  7. ... trzeba chwilkę poczekać, aż zupa wystygnie.
  8. To jest zasadniczy problem i nijak nie znajduję pomysłu, jak jej to wytłumaczyć. Jak nauczyć ją cierpliwości. Kiedy tylko zobaczy „michę” od razu musi być jej.

  9. ... to bardzo nieładnie zaglądać gościom do torebek.
  10. Moja mała dziewczynka uwielbia gmerać w torebkach zwłaszcza, jeśli pojawi się podejrzenie, że w takowej jest smartfon lub inny ciekawy gadżet.

  11. ... wciskanie klawisza „reset” nie jest najlepszym pomysłem na zwrócenie na siebie uwagi, zwłaszcza kiedy ojciec pracuje na komputerze.
  12. Nie wiem, jak wygląda wtedy moja mina, ale musi być nieciekawa, bo Mysia ucieka do mamy w czasie zbliżonym do rekordu świata na „setkę”.

  13. ... nie pije się z kubka koleżanki.
  14. Kubek koleżanki to jedna z niewielu rzeczy, które przyciągają ją jak magnez. Używa wszelkich zabiegów, aby uronić z niego choć kropelkę. Kiedy jednak nie udaje się, bierze go pod pretekstem obdarowania nim właścicielki. Dzięki temu mała cwaniara może choć na chwilę go potrzymać.

  15. ... kruszenie ciachem chwilę po tym, jak stary odkurzył może być dla niej niebezpieczne.
  16. Następna rzecz, która doprowadza mnie do apopleksji.

  17. ... mój obiad nie jest naszym obiadem.
  18. Nieważne, czy Adunia już jadła i jest najedzona, kiedy ja zaczynam coś jeść, od razu pojawia się znienacka z uśmiechem na ryjku i z hasłem: „Ammmm”. I co? I koniec... zupę diabli wzięli ;(.

  19. ... łóżko i sen nie jest karą.
  20. Ona chyba naprawdę tak uważa. Kiedy trafia do łóżka, wytrzymuje w nim parę minut. Chwilę później już z niego wybywa zaopatrzona w dodatkowy zastrzyk energii.

  21. ... blat kuchenny nie jest najlepszym miejscem do siedzenia.
  22. Tam można znaleźć ją najczęściej. Kiedyś mama tam właśnie ją sadzała, gdy musiała coś zrobić w kuchni. Teraz Mysia sama potrafi na niego wejść i obserwować wszystko, co wokół niej się dzieje.

  23. ... przez szybę w oknie nie robi się żółwika.
  24. Jednak mimo to, kiedy widzi małą koleżankę za oknem, pierwszym z jej odruchów jest właśnie żółwik w szybę.

To nasze 12 "magicznych" zachowań, które utrudniają nam troszkę życie. Mam nadzieję, że niedługo uda się nad nimi zapanować zarówno mnie jak i córce, która właśnie dzisiaj kończy 22 miesiące. A może Wy zmagacie się z podobnymi zachowaniami? Pochwalcie się proszę, co wam nastręcza kłopotu.
Autor zdjęcia: Stormline

Czy kupić dziecku tablet?



Ostatnio, całkiem przypadkowo natknąłem się na krótki filmik o tym, jak to niezdrowym dla dziecka jest tablet. Przyznam się, że przez jakiś czas myślałem o kupnie takiego urządzenia dla mojej Mysi, która strasznie cieszy się, kiedy pozwalam jej od czasu do czasu przez parę minut podokazywać na moim tableciku. Ponieważ jednak ceny są takie, jakie są bliższy jestem kupienia przystawki do tabletu w formie klawiatury. To takie sprytne ustrojstwo, dzięki któremu dziecko może nauczyć się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy. Ale wracając do samego tabletu i problemu: kupić czy nie, pozwolić dziecku z niego korzystać czy nie?

Obejrzałem ów filmik i nic odkrywczego się nie dowiedziałem. Taki prosty przekaz z hasłami typu: be, niedobre, złe, nie dotykaj. Swój pogląd na sprawę używania przez dziecko sprzętu elektronicznego mam. Jeśli więc ktoś mnie dzisiaj spyta, czy kupić, odpowiem: oczywiście! Czy pozwolić dziecku z niego korzystać – jak najbardziej!

Żaden tablet, nawet najlepszy nie zastąpi rodziców i czasu, który poświęcają dziecku, najpierw na wspólną zabawę, rozmowę a później naukę. I o tym właśnie nade wszystko powinniśmy pamiętać.

Jestem zdania, że wszystko jest dla ludzi, także dla tych najmłodszych. Sądzę, że problem nie tkwi w jakichkolwiek urządzeniach elektronicznych, nie tkwi nawet w ich użytkowaniu. Problemem są rodzice, czy inaczej – ich zachowanie. Z jednej strony łatwo ulegamy opiniom ludzi, którzy na siłę starają się uczynić nasze życie lepszym, zdrowszym i przyjemniejszym, zapędzając nas niejednokrotnie w kozi róg i osiągając tym samym swoje cele. Do dziś wybucham, kiedy ktoś mówi mi: „nie jedz tego, bo to niezdrowe”. A co do cholery jest dzisiaj zdrowe?

Z drugiej zaś strony często traktujemy urządzenia elektroniczne jak zbawienie. Coś, co pozwoli nam przez dłuższy czas odpocząć od dziecka. Hasła o promieniowaniu czy migających obrazach także mnie nie przekonują. Oczywiście to nie znaczy, że ich nie ma, ale na nie jesteśmy narażeni cały czas. W niektórych domach telewizor gra od świtu do późnego wieczora, będąc dla dziecka jedynym towarzyszem. Pytam się więc: czy to jest zdrowe dla dziecka? Nie, ale o ile wiem od jednej bajki na dobranoc jeszcze nikt nie oszalał. A widzieliście dzisiaj korytarze szkolne? Otóż dziś dzieci, także z najmłodszych klas wychodząc na przerwę, kucają jeden obok drugiego przy ścianie i porozumiewają się ze sobą przez... komunikatory zainstalowane na swoich smartfonach. Czy to jest w porządku? Też nie. I można tak dalej. Czy tak modne do niedawna wychowanie bezstresowe, które kończyło się w większości przypadków zupełnym brakiem wychowania i pozwalaniem dziecku na wszystko, było ok.? Również nie. A widział ktoś z Was filmy, które ostrzegałyby przed takimi negatywnymi zachowaniami? Ja nie.

Twierdzę więc, że ani tablet, ani komputer, ani inny elektroniczny przyrząd dziecku nie zaszkodzi pod warunkiem, że będziemy wiedzieli, jak z niego mądrze korzystać i tą wiedzę przekażemy dziecku. Taki tablet może być świetnym dodatkiem, narzędziem służącym do realizacji celów edukacyjnych. Dodatkiem, nie najważniejszym i jedynym elementem wychowania, nauki czy spędzania czasu przez dziecko! Najważniejsi będą zawsze rodzice i czas, który poświęcają dziecku, najpierw na wspólną zabawę, rozmowę a później naukę. O tym właśnie nade wszystko powinniśmy pamiętać.
Źródło zdjęcia: foter.com

Ciężko jest być dzisiaj Bondem



Spectre, czyli nową odsłonę przygód niezniszczalnego Jamesa Bonda od niedawna można oglądać w kinach. Przyznam, że choć lubię tą postać, to jakoś na nowy film mnie nie ciągnie. Najważniejszym powodem jest pewnie to, że moim Bondem pozostanie na zawsze (chyba nie powinienem zawsze powtarzać na zawsze) postać wykreowana przez Rogera Moore’a. Dlatego recenzji nie będzie. Za to poubolewam sobie troszkę na tym, jak dzisiaj ciężko być Bondem.

Co mam na myśli? Przecież taki Bond ma klawe życie, rzekłby niejeden. Szybkie samochody, markowe zegarki, eleganckie ciuchy, fura kasy i oczywiście mnóstwo pięknych kobiet. Statystycy powiadają, że James przez te wszystkie lata uwiódł ich około 70. Z męskiego, szowinistycznego punktu widzenia liczba robi wrażenie, choć do np. gwiazd NBA wiele mu brakuje. Pewnie też każdy zauważył język, jakim nasz kobieciarz posługuje się w stosunku do płci pięknej. W zwariowanych latach 60-tych czyli czasach określanych hasłem: „sex, drugs and rock&roll” pewnie to nic wielkiego.

Gdyby Bond był zwykłym Kowalskim, szarym człowieczkiem, to jestem przekonany, że jego słowa wypowiadane czasami dla podrywu, dla żartu a czasami jako cięta riposta bardzo szybko znalazłyby swój finał w sądzie.

W 70-tych mógłby ewentualnie zaliczyć tzw. liścia. Dzisiaj już tak kolorowo nie jest. Dziś na każdym kroku trzeba uważać. Uważać na to co się robi, co i gdzie się mówi. Gdyby Bond był zwykłym Kowalskim, szarym człowieczkiem, pracującym dajmy na to w jakimś urzędzie, spokojnie mógłby zostać posądzony o molestowanie seksualne. Jego słowa wypowiadane czasami dla podrywu, dla żartu a czasami jako cięta riposta bardzo szybko znalazłyby swój finał w sądzie. I niech mi ktoś powie, jak tu dzisiaj ”przybondzić” do kobiety? Bo przecież nie w ten sposób:

Żyj i pozwól umrzeć – 1973


Rosie Carver: - „W co ja się wpakowałam? Nie będziesz miał ze mnie pożytku.”
Bond: - „Pomogę ci się wylizać.”

Bond o Rosie Carver: - „Mówiłem ci Quarrel, marna z niej agentka, ale ma inne zalety.”

Rosie Carver: - „O James, tak się cieszę, że cię znalazłam.”
Bond: - „Wyobrażam sobie. A ja się cieszę, że znalazłem to. Wiesz co oznacza królowa kielichów do góry nogami? Podstępną, zdemoralizowaną oszustkę i kłamczuchę. Czekam na wyjaśnienia.”
Rosie Carver: - „Proszę cię, zrozum. Zabiją mnie jeśli ci powiem.”
Bond: - „Ja cię zabiję, jeśli nie powiesz.”
Rosie Carver: - „Nie mógłbyś po tym, co robiliśmy przed chwilą.”
Bond: - „Na pewno nie zabiłbym cię wcześniej.”

Człowiek ze złotym pistoletem – 1974


Bond: - „Goodnight wiesz, że wolałbym zjeść kolację z tobą.”
Goodnight: - „Rozumiem, ale wracaj szybko."
Bond: - „Zadzwonię, może coś przegryziemy o północy.”
Goodnight: - „Wino będzie odpowiednio schłodzone.”
Bond: - „A reszta odpowiednio ciepła?”

Bond: - „Niezły.”
Goodnight: - „Naprawdę?”
Bond: - „Nie szampan, tylko twój strój. Obcisły tam, gdzie trzeba, mało guzików... proponuję toast: za te chwile i te, które są przed nami... szkolenie miało mnie przygotować na wszystko, ale nie na widok ciebie w nocnej koszulce.”

Bond widząc Andreę Anders: - "Pani Anders, nie poznałem pani w ubraniu."

Szpieg, który mnie kochał – 1977


Szejk Hosein: - „... da ci jego adres w Kairze, ale dziś już za późno na spotkanie. Dasz się namówić na nocleg u mnie?”
Bond: - „Jesteś bardzo uprzejmy, ale naprawdę powinienem...”
Szejk Hosein: - „Na pewno nie dasz się skusić?”
Bond spoglądając na arabską piękność: - „Będąc w Egipcie trzeba poznać jego skarby.”

Bond o łodzi ;), którą przypłynęła piękna Naomi: - „Piękna maszyna, wspaniałe kształty.”

Moonraker – 1979


Bond do Manueli zastanej w pokoju hotelowym: - „Czy należysz do wyposażenia?”

Bond rozwiązując pasek Manueli: - „Jak można zabić czas w Rio nie tańcząc samby?”

Tylko dla twoich oczu – 1981


Bond: -"Na lodowisku nie ma pryszniców? Jak tu weszłaś?"
Bibi Dahl: -"Jeden z portierów jest moim wielbicielem. Zrobi dla mnie wszystko. A ja zrobię wszystko dla ciebie."
Bond: -"Bardzo mi to pochlebia, ale musisz trenować."
Bibi Dahl: -"Wszyscy wiedzą, że seks dobrze wpływa na mięśnie".
Bond: -"Zacznij gimnastykę od ubrania się... Ubierz się to postawię ci lody."

Ośmiorniczka – 1983


Bond: - "Dom aukcyjny Sotheby's, okrągłe pół miliona funtów."
Magda: - "To pan licytował."
Bond: - "Właśnie."
Magda: - "Ma pan pamięć do twarzy."
Bond: - "I do krągłości."

Vijay - "Na wyspie roi się od pięknych kobiet a mężczyzn tam nie wpuszczają."
Bond: - "No proszę dyskryminacja płciowa. Muszę się tam wybrać."

Zabójczy widok – 1985


Jenny Flex: - "Nazywam się Jenny Flex."
Bond: - "Sprężysta... to widać."

Bond: - "Widzę moja droga, że spędzasz w siodle sporo czasu."
Jeny Flex: - "Lubię się rano przejechać."
Bond: - "Ja też jestem rannym ptaszkiem."

Bond: - "Nie zostaje pani na noc, liczyłem na wspólny wieczór. Zostanę sam jak palec."
Stacey Sutton: - "Nie sądzę."
Bond: - "Odprowadzę panią."
May Day: - "Nie trzeba, ktoś się panem zajmie."
Bond: - "Dopilnuje tego pani osobiście, tak?"

A teraz wyobraźcie sobie, że to tylko mały, "moore'owski" wicinek :). Ach ten Bond.
Zdjęcia: Internet

8 rzeczy, które muszę szybko zmienić by nie wykorkować



Mimo, że w tym roku wprowadziłem parę życiowych zmian, a do końca roku, czyli momentu kreowania nowych postanowień jeszcze trochę czasu pozostało, to jednak jestem zmuszony wprowadzić małą korektę do swojego zachowania. Analizując je dochodzę do wniosku, że z niektórymi poczynaniami muszę coś zrobić, inaczej sfiksuję. Na razie moja nadopiekuńczość i permanentna chęć przewidzenia wszystkich wypadków zaczyna mnie męczyć. Czuję się z tym źle. Zresztą chyba nie tylko ja. Dlatego postanawiam i to z możliwie najbliższym terminem wykonalności, że:

  1. przestaję permanentnie biegać za moim dzieckiem pod pretekstem, że mu coś się stanie, że się przewróci, że przytrzaśnie łapkę, że coś mu zleci na nogę czy że spadnie z czegoś, na co włazi. Jeśli coś ma się stać, to i tak się stanie. Moje nadskakiwania nic tu nie pomogą;

  2. będę brał na wstrzymanie, kiedy Mała zostaje pod opieką innej osoby. Przecież po to z kimś zostaje, żeby była bezpieczna, więc nie muszę do cholery myśleć cały czas, czy w domu wszystko w porządku;

  3. postaram się nie wściekać, kiedy mojej córce coś się stanie, np. nabije sobie guza a ja jej przed tym nie uchroniłem;

  4. nie będę ciągle kontrolował dziecka, kiedy bawi się z innymi dziećmi w drugim pokoju. Jeśli nie odrywają podłogi i szyby z okien nie lecą, nie ma sensu sterczeć i gapić się, chcąc idiotycznie chronić ją przed innymi i innych przed nią samą;

  5. nie będę denerwował się, kiedy ktoś zacznie chwalić się osiągnięciami swojego dziecka porównując je do osiągnięć mojego. Chwalić się można, ale ani moje dziecko ani ja w takich zawodach w stylu "kto lepszy" brać udziału nie będziemy i basta, bo moje dziecko jest przecież wyjątkowe nawet, jeśli czegoś jeszcze nie potrafi;

  6. nie będę podnosił głosu, kiedy zdenerwuje mnie coś, na co kompletnie nie mam wpływu. Niech moje poddenerwowanie nie emanuje na innych;

  7. będę bardziej przedkładał cierpliwe tłumaczenie nad zakazy... no chyba, że Mysia wyprowadzi mnie dokumentnie z równowagi :);

  8. ... i w końcu postaram się skończyć z zamartwianiem się na zapas.
Hm, łatwo powiedzieć, gorzej się do tego stosować, ale spróbować można. Te zmiany oczywiście nie sprawią, że będę idealnym człowiekiem i ojcem, ale może przybliżą mnie do tego choć ociupinkę :).
Autor zdjęcia: Allforblue

Jajka zabawki dla dzieci



W jaki sposób poprawić koordynację i spostrzegawczość dziecka? Pewnie sposobów znacie wiele. My akurat używamy do tego jaj. Otóż udało nam się kupić 6 sprytnych plasticzanych jajek. Z zewnątrz nic ciekawego, wyglądają ni mniej, ni więcej tylko tak, jak jaja winny wyglądać. Dzięki temu używamy ich także do zwykłej zabawy w gotowanie. Cały bajer ukryty jest jednak wewnątrz. Każde jajko w środku posiada inny kształt. Tylko połówki jaj o tym samym kształcie pasują do siebie. Dzięki temu można je bezproblemowo połączyć. Prócz tego każdy kształt oznaczony jest tym samym, różnym od innych, kolorem.

Po paru dniach zabawy muszę przyznać, że to fajny pomysł na przyjemną naukę rozpoznawania kolorów, kształtów i poprawę dziecięcej koordynacji oko-ręka. Dodam jeszcze, że zabawka posiada gładką, miłą w dotyku powierzchnię. Łączenie elementów nie sprawi problemu żadnemu dziecku. Dodatkowo producent zapewnienia, że użyte do produkcji materiały nie są szkodliwe dla skóry dziecka. My kupiliśmy komplet sześciu jajek, ale w sprzedaży widziałem też tuzin.

Źródło zdjęcia: internet

Moje dziecko skończyło 21 miesięcy



Trudno mi w to uwierzyć, ale dwadzieścia jeden miesięcy naszej wspólnej zabawy dobiegło końca. Czas zatem na kolejny post z cyklu: "Moje dziecko skończyło...". Oto co udało się nam osiągnąć, czym możemy się pochwalić. W końcu, co zawaliliśmy i trzeba się wziąć do roboty.

Otóż Duszek przez lato bardzo urósł i dziś mierzy 83 cm. Dlatego wrzesień był miesiącem wymiany garderoby na nową – większą. Niestety naszą słabą stroną jest dalej waga. 9,600 to mało, choć w siatce centyli podobno jeszcze się mieści. Mam wrażenie, że przemianę materii odziedziczyła po rodzicach, z których każde do grubasów nie należało. Trzeba powiedzieć, że Dusia, jak na swoją wagę, je i to sporo. Dzień zaczynamy butlą z mieszanką mleka pepti, zwykłego oraz kaszki. Później dostaje jajko lub parówki albo serek homogenizowany. Do tego bułka słodka lub banan. Na obiad serwujemy jej nasze posiłki, ponieważ od pewnego momentu nie jest zainteresowana obiadkami ze słoiczków. Po południu dostaje kanapkę z wędliną i owoce lub ciasteczka. Na dobranoc prócz dobrego słowa raczymy ją jeszcze mlekiem 150 –180 ml. Oczywiście prócz tego wszystkiego Misia dojada. A to, gdy tata wraca z pracy, a to, gdy mama wraca z zakupów, itd. Większość posiłków je sama. Potrafi w miarę sprawnie operować łyżką i widelczykiem.

Ada na co dzień jest aktywna i wszędobylska. Nic nie umknie jej uwagi. Lubi wsadzać ciekawskiego noska wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. Otworzyła się bardziej na ludzi i przestała być dzikuskiem, choć poznając nową osobę na początku jest nieufna. Coraz częściej potrafi sama zająć się zabawą. Do jej najbardziej ulubionych należą gotowanie i opieka nad lalką. Tutaj, naśladując nas, przebiera, karmi, nosi, usypia wszystkie lalki. Lubi też układać klocki i wychodzi jej to już całkiem nieźle. Ma już swoje koleżanki, z którymi bardzo ładnie się bawi.

Misia lubi, kiedy jej czytamy. Sama dobiera nam książki, które chce usłyszeć. Siada też koło nas i sama próbuje „czytać”, wydobywając przy tym śmieszne dźwięki. Ponieważ nauczyła się większości bajek, potrafi nas znienacka skontrolować. Jeśli stwierdzi, że czytamy z pamięci, umie znaleźć odpowiednią książkę z właściwą bajką. Rozpoznaje w książkach zwierzątka, potrafi także pokazać podstawowe części ciała ludzkiego.

Ada mówi tylko zdawkowe słowa. Natomiast bardzo dużo rozumie i zauważalna jest logika w myśleniu i przewidywaniu (np.: kiedy coś się jej zepsuje i mnie nie ma, potrafi czekać i pamiętać o tym. Kiedy się pojawiam od razy mnie o tym po swojemu informuje i prowadzi na miejsce). Przy okazji, jej ulubionym narzędziem jest śrubokręt, który przy każdej okazji z uporem maniaka zabiera ojcu. Mimo małego zakresu słownictwa, potrafi doskonale wytłumaczyć, o co jej chodzi używając do tego gestykulacji. Ma swoje fochy, które nad wyraz uzewnętrznia zwłaszcza, jeśli coś pójdzie nie po jej myśli. Potrafi także odróżnić złe postępowanie od dobrego. Umie też przeprosić.

Stara się też uczestniczyć w naszym codziennym życiu (na zdjęciu w swoim ulubionym miejscu, czyli na kuchennym blacie). Lubi rozpakowywać torby z zakupami i chować produkty w odpowiednie miejsca. Sama wyrzuca śmieci do kosza. Pomaga przy sprzątaniu mieszkania (odkurzanie, mycie podłóg).

Jednak najbardziej lubi przymierzać ciuszki. Mogłaby na tym zajęciu spędzać całe dnie. Nie przepada za telewizyjnymi bajkami. W ogóle telewizor mógłby dla niej nie istnieć. No może tylko przy śniadaniu, wtedy lubi się pogapić przez parę minut. Za to uwielbia piosenki z youtube. Lubi patrzeć na zwierzakowe animacje tańczące w rytm dźwięków. Czasami też zbiera jej się na podrygi.

Chodzi i biega bez problemu. Sama pokonuje też niskie schody. Wspaniale kopie piłkę. Codziennie w domu musimy odbyć krótki trening, podczas którego tata musi coraz bardziej uważać na to, aby córka nie stłukła jakiegoś wazonu. Zaczyna powoli korzystać z nocnika, choć częściej sygnalizuje chęć skorzystania po fakcie :).

Generalnie Dusia jest pogodnym, ciekawym świata dzieckiem. A no i oczywiście kocham ją :).

Pamięci W. Ł.



Wyszłaś, cichutko, bez pożegnania.
Za róg, na chwilkę.
Zaraz wrócisz, przecież inaczej być nie może.
Nie zostawiłaś mnie jednak samego.

Została zawsze pogodna twarz, na której próżno by szukać zdenerwowania.
Twój obraz drobnej kobiety na fotelu ukrytym w cieniu pokoju.
Smak herbaty, zwyczajnie niezwyczajnej, bo nadzwyczajnie wonnej Twojej mieszanki.
Zapach drożdżowca, co tydzień czekającego cierpliwie w spiżarence na gości.
Bezowocne próby nauczenia mnie jedzenia tych cholernych zimnych nóżek.
Ściana czerwoniutkich porzeczek prowadząca za rękę do Twojego ogrodu.
Misternie wypracowane rabaty kwiatów, których najlepszy malarz by nie oddał.
Uśmiechające się jabłka wiszące na uginających się pod ich ciężarem gałęziach.
Pokorne kury ustawione w szeregu i czekające co świt na garść ziarna.

Dziwisz się drogi przechodniu, że już, że tylko tyle?
Tylko tyle i aż tyle.
I żaden deszcz nie zdoła zmyć tych obrazów wykutych w mojej pamięci.

A teraz? A teraz już śpij, odpocznij, dobranoc.
Autor zdjęcia: Andrea Pesce

Chopinowski balsam



Nie zgadniecie, jaką frajdę aplikowałem sobie przez ostatnie trzy wieczory. Wszystko za sprawą... Konkursu Chopinowskiego. Nawet nie przypuszczałem, że może mnie tak wciągnąć. Muzyka klasyczna odkąd pamiętam przewija się wokół mnie. Lubię posłuchać klasyków, ale Chopin? Do tej pory wydawało mi się to niemożliwe. Jakoś nigdy mi nie podchodził. Trudno nawet powiedzieć dlaczego. Po prostu nie i tyle.

I tak trzy dni temu niefortunnie przełączyłem kanał na TVP Kultura. A tu jakiś młody jegomość skacze po klawiaturze fortepianu. Zostawiłem kanał zajmując się dalej swoimi sprawami. I tak nuta po nucie, takt po takcie, coraz więcej dźwięków wpadało mi do ucha. Coraz barwniejszy klimat tworzył się wokół mnie. Spotęgowany może tym bardziej, że trafiłem na koncerty   finalistów konkursu. To była prawdziwa rozkosz dla ducha. Ten nastrój przypominał mi jako żywo chwile terminowania w pracowni malarskiej mojego mistrza. To właśnie tam prócz ręki miałem okazję "trenować" także ucho przy rytmach klasycznych dźwięków.

Ale wracając do samego konkursu, prócz uciech duchowych skłonił mnie on także do zadumy. Po pierwsze zastanawiam się, jak to możliwe, aby takie wydarzenie, jedno z najważniejszych o ile nie najważniejsze w kraju miało tak słabą promocję. Nie przypominam sobie banerów, reklam, spotów i ciągłego trąbienia o nim. Widocznie organizatorzy uznali, że wszyscy doskonale wszystko wiedzą. Druga sprawa to media. Cały konkurs praktycznie przeszedł niezauważony pomijając oczywiście informacje o zwycięzcach (prócz radiowej Dwójki i Kultury rzecz jasna). A przepraszam, jeden z tabloidów zamieścił artykuł, w którym opisał, jak umierali zwycięzcy poprzednich konkursów. Czy tylko na tyle stać nasze media? Zastanawiam się także czy takie wydarzenie zostało dobrze wykorzystane edukacyjnie. Czy ci najmłodsi mieli możliwość spotkać się z muzyką przez duże M. Czy na lekcjach muzyki miast udawać, że czegoś się uczą, mogli w ciszy posłuchać wykonań młodych mistrzów czy słów komentatorów świetnie tłumaczących muzyczne zawiłości. Czy udało się położyć podwaliny pod nowe pokolenie melomanów? I czy w ogóle podjęto próbę nauki odczuwania i interpretowania muzyki klasycznej przez młodzież?

Kończąc doszedłem także do jednego, jakże dla mnie ważnego wniosku. Zdecydowanie za mało w mojej rodzinie muzyki klasycznej. Więcej jej było, kiedy Mysza była jeszcze w brzuszku niż teraz. Ta sprawa zdecydowanie wymaga poprawy z mojej strony, wszak pochodzę z małej mieściny, ale chlubiącej się tym, że także posiada laureata Konkursu Chopinowskiego. Było to co prawda dawno, ale w końcu zobowiązuje.
Autor zdjęcia: Simon Whiley

Witajcie Cyberprzyjaciele!



Oj długo mnie tu nie było, długo. Na tyle długo, aby móc powiedzieć, że się stęskniłem. Ostatnio zaczęło mi brakować codziennych obowiązków związanych z dzieleniem się tym, co u mnie i Ady. Ciekaw też jestem, co u Was. Oczywiście przyznaję, od czasu do czasu podglądam Wasze posty, ale bieżącą "inwigilacją" tego bym raczej nie nazwał :). Mam ochotę zagościć tu na dłużej, choć wiem, że czasu co kot napłakał. Ostatnio wiele w swoim życiu zmieniam, może więc i temu postanowieniu sprostam.

Co u nas? Adunia rośnie i jest już sporą, pogodną dziewczynką. Niestety jest coraz bardziej nieusłuchana i uparta, pokazując to dobitnie od czasu do czasu. Chyba nie muszę dodawać, że pod tym względem do taty (oazy cnót wszelakich... haha) się nie upodobniła. Oczywiście stare problemy pozostają nierozwiązane. Dalej nie wyobraża sobie spać bez mamy, pokazując co wieczór palcem tacie, gdzie jego miejsce (czyli w innym pokoju). Dalej nie nazbyt przybiera na wadze a jeśli już troszkę się poprawi, zaraz trafia się jakieś chorubsko i zabawę zaczynamy od nowa. Obecnie też mamy w domu mały szpital. Dziewczyny powoli wychodzą, choć u małej znów pojawił się dziwny kaszel. Dziś pobraliśmy krew i jutro do lekarza na sprawdzenie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

A u mnie? Tak jak pisałem, trochę zmian. Chyba najważniejszą jest rzucenie palenia po 20 latach. W sumie z hasłem „rzucenie palenia” trzeba uważać, bo człowiek nie zna dnia ani godziny. Tak czy inaczej to już trzeci miesiąc. Jak na mnie to bardzo dużo. Poza tym zacząłem się w miarę normalnie odżywiać. Wiecie węgle, białko, tłuszcze itd. Wyobraźcie sobie, że nawet wszystko kontroluję, aby zachować odpowiednie proporcje. A na domiar tego staram się przestrzegać stałych pór posiłków. Tak mi się porobiło :). Ale to nie wszystko. Żeby zająć czymś myśli i łapy, zacząłem z powrotem tachać ciężary. Z lewa na prawo, z prawa na lewo, z dołu do góry i z powrotem. Parę razy się nad tym zastanawiałem, co się stało i jedyne co mi przyszło do głowy to to, że zaczęła się nowa siedmiolatka. Może to jest przyczyna? Zmian i postanowień jest jeszcze więcej, choćby chęć przeczytania wszystkich książek z Herkulesem Poirot w roli głównej. Już je mam i w wolnym czasie staram się im oddawać.
Na dziś już koniec. Więcej postaram się zdradzić w następnych postach, na które zapraszam. Trzymajcie się ciepło :)
Autor zdjęcia: Gagilas

Mleko rodzicu wykombinuj sobie sam



Ostatnio wpadłem do apteki, aby zaopatrzyć się w Bebilon Pepti 2DHA dla córki. Dostałem od żony prikaz: - „Jedź po receptę i od razu po mleko do apteki tej i tej”. Wyzwanie nie lada, któremu sprostać chciałem i musiałem. Zresztą nic prostszego. Więc wpadam, daję receptę i mówię, że właśnie takie coś potrzebuję. Na to uprzejma pani z przejmującym uśmiechem (co już było podejrzane) odpowiada, że nie ma. Hm, cóż takie rzeczy się zdarzają, pomyślałem. Niestety za chwilę dodała, że nie ma i nie będzie i w żadnej innej aptece też nie dostanę. Śmiech mnie ogarnął. Że kto, że ja i na tarczy wrócę? Wtrąciła, że w hurtowni, gdzie zaopatruje się apteka, czegoś takiego nie ma a najbliższa dostawa ma być około lipca. Aby nie opisać dosadnie mojego stanu powiem, że posmutniałem. Wsiadłem w samochód i wybrałem się w podróż po miejskich aptekach. W każdej efekt końcowy był taki sam, ale za każdym razem dowiadywałem się czegoś nowego. I za każdym razem termin dostawy się skracał. Stanęło na tym, że coś komuś się spaliło i że może coś przywiozą w połowie maja.

No dobrze, ale co mnie to wszystko obchodzi. Potrzebuję mleko i chcę je mieć! Nie interesuje mnie, że komuś coś się przytrafiło, przecież takie sytuacje się zdarzają. Ktoś to powinien przewidzieć. Zacząłem się zastanawiać nad monitorowaniem rynku farmaceutycznego (w końcu mleko jest na receptę). Czy to ktoś w tym kraju kontroluje, przewiduje, zabezpiecza? Przyznam się, że tego nie wiem, ale wiem za to coś innego. Jeśli jest taka osoba, oczywiście za bajońską pensję, to zdrowie dzieci ma dokładnie tak samo w dupie, jak zdrowie rencistów i emerytów, czy w ogóle wszystkich dorosłych. Możliwe, że na tym właśnie polega polityka zdrowotna tego kraju.

PS. Takie mleko można spokojnie dostać w pierwszej lepszej aptece w Niemczech. Sprawdziłem! Wychodzi na to, że Bartłomiej Sienkiewicz miał jednak rację.
foto do grafiki: Ilan Ejzykowicz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...