Moje młodzieńcze muzyczne TOP TEN

14 comments


Pisząc ostatniego posta (jeśli nie czytałeś, masz okazję naprawić ten błąd i kliknąć > tutaj <) umieściłem na jego końcu utwór. Zacząłem się wtedy zastanawiać nad pomysłem stworzenia listy utworów, na których się wychowałem i które ukształtowały mój muzyczny gust.

Dobra, wiem, jaki jest, taki jest, ale jest. No i się zaczęło. Inne pomysły na teksty zostały zarzucone. Od tej chwili tylko jedno mi w głowie było. Toć muzyka cały czas jest obecna w moim życiu. Ale zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób mam to zrobić, aby było ciekawie. Nie jestem ani Markiem Niedźwieckim, ani Tomkiem Beksińskim (cholera audycji tego gościa naprawdę mi brakuje), więc na opowieści o utworach czy artystach się nie rzucę. Więc jak? Szukałem i chyba znalazłem. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale mnie muzyka zawsze z kimś lub czymś się kojarzy. Postanowiłem więc, co następuje. Każdy utwór postaram się zaopatrzyć w jakąś notkę, która wywołuje u mnie bezpośrednie skojarzenie. Jak się miało za chwilę okazać, ten problem był tylko czubkiem góry lodowej. Zacząłem się mianowicie zastanawiać, ile utworów mam zaproponować? Nie mogąc znaleźć sensowniejszego wyboru stanęło na dziesiątce. Pomysł wielce karkołomny, bo po czterdziestu latach trochę się tego nazbierało. Z drugiej strony chodzi mi o to, aby przy czytaniu tego posta nie doszło do zejścia śmiertelnego. Zanim zaczniemy mała uwaga. Mógłbym, ale nie będę się kusił na oryginalność, wykopując spod ziemi kawałki, których na pewno nie znacie. Napiszę tylko o tych, do których mam największy sentyment. Koniec wprowadzenia. Proszę się zaopatrzyć w ciepłą herbatę. Jeśli jej nie macie, to jest to najlepszy moment, aby ją zrobić. A jeśli wszyscy gotowi, zapraszam Was na moją muzyczną wędrówkę w przeszłość (uwaga: kolejność nieprzypadkowa).

10. Love Me Do – The Beatles
Pierwszy kawałek i pierwszy dowód na brak oryginalności. I co z tego? Parę razy jeszcze tak będzie. Właśnie od tego kawałka zaczęła się moja przygoda z muzyką. Pamiętam, miałem pięć, może sześć lat, gdy ktoś zabrał mnie do knajpy - dyskoteki, w której stała wielka szafa grająca, na płyty analogowe rzecz jasna (żeby nie było, tą osobą był właściciel knajpy a ja tam byłem do południa, więc na długo przed otwarciem). Stanąłem przed nią, zauroczony jej wspaniałym wyglądem. Po chwili okazało się, że to pudło na dodatek wydaje ładne dźwięki. To było coś dla takiego malca, jak ja. Pierwszym utworem, który ów osoba zapuściła, było właśnie Love me do. Tak mi się to spodobało, że puszczałem go wtedy na okrągło, nie wybierając żadnego innego kawałka. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że kiedyś po latach ogarnie mnie fascynacja samym zespołem. Przyszła ona w szkole średniej. Ile to człowiek nie przeczytał, nie wysłuchał, nie obejrzał a i referaty też się przytrafiały. Wracając do utworu, dziś kiedy go słyszę moje serce wydaje się bić troszkę szybciej. Na koniec ciekawostka, wiecie, że w tym kawałku słowo love pojawia się ponad 20 razy? Głupie, ale fajne :).



9. These Are The Days Of Our Lives – Queen
Z Queen-ami jakoś nigdy nie było mi po drodze. Ballady, a i owszem. Ale gdy grali coś ostrzej, po paru taktach wyłączałem sprzęt. I tak ten stan rzeczy utrzymywał się aż do śmierci Freddiego. Wtedy postanowiłem posłuchać sobie całej dyskografii. Nie, żebym od razu jakimś fanem chciał zostać, ale tak dla siebie. Żebym coś przy rozmowie umiał powiedzieć. No i okazało się, że fajnych kawałków mają bez liku. I znów wyszło, że śmierć jest najlepszą promocją. A Night At The Opera czy A Kind Of Magic czy wreszcie Innuendo okazały się dla mnie całkiem fajnymi płytkami. No dobra, ale dlaczego wybór padł na These Are The Days? Bo właśnie ten kawałek towarzyszył mi na pierwszych prywatkach. Człowiek przez lata tyrał w sporcie a tu nagle miłe towarzystwo, dobra muzyka, brak rodziców, kapka alkoholu i płeć piękna. No i te śpiewy, które do dziś wywołują na mojej twarzy wielki uśmiech. Ach to były czasy. A, no i bym zapomniał, sklerotyk jeden! Na jednej z nich towarzyszyła mi po raz pierwszy fajna dziewczyna, która dziś jest moją żoną :). Na marginesie, teledysk do These Are The Days był ostatnim, w którym wystąpił  Mercury.



8. All Over The World – Electric Light Orchestra
Dawno, dawno temu powstał film. Film sam w sobie może i infantylny. Zwał się Xanadu. Taka bajeczka na raz, ale polecam Waszym dzieciom. Za to z jaką obsadą. Gene Kelly i przede wszystkim Olivia Newton-John. A ponieważ ja Olivkę bardzo, bardzo, więc i ten film zobaczyć musiałem. Zresztą film warto zobaczyć nie tylko ze względu na aktorów, ale i dla muzyki. Jednym z jej autorów był Jeff Lynne z Electric Light Orchestra. Udało się mu przemycić parę naprawdę świetnych kawałków, zarówno do posłuchania, jak i do tańca (jeśli ktoś z Was lubi popląsać). Zresztą odniosły one niebywały sukces na świecie. Z filmem stało się zupełnie inaczej.



7. Into The Night – Julee Cruise
Tytuł może mało znany, a wykonawczyni pewnie jeszcze mniej. Więc zacznę z innej strony. Kto oglądał Miasteczko Twin Peaks? Mam nadzieję, że wszyscy. To był jedyny serial, przy emisji którego nie opuściłem żadnego odcinka. Co więcej, miał w sobie coś takiego, co powodowało, że żegnałem przyjaciół bez większego żalu i w te pędy udawałem się do domu. Przez pięćdziesiąt minut nie było mnie dla nikogo. Jedną z rzeczy, która wpłynęła na specyficzny klimat filmu, była fenomenalna muzyka Angelo Badalamentiego. Pamiętam, że pierwszy raz wypatrzyłem kasetę z soundtrackiem będąc na szkolnej wycieczce. Znalazłem ją dokładnie na dworcu PKP we Wrocławiu. Musiała być moja. Od razu załadowałem ją do walkmena. Noc, pusty dworzec i muzyka z max volume, to był klimacik. Dziś z racji lat, które upłynęły i wieku już stosownego, wydaje się to trochę śmieszne, ale wtedy... Od tamtej pory muzyka z Miasteczka towarzyszy mi, już w wydaniu płytowym. Często po nią sięgam, kiedy na chwilę chcę zamknąć się w innym – tylko moim świecie. Chciałbym, aby Into The Night było dla Was pretekstem do posłuchania całej ścieżki dźwiękowej. Jest naprawdę świetna.



6. The Lion’s Mouth – Kaja
Too Much Trouble – Limahl

Aby dać sobie trochę forów, pozycją szóstą postanowiłem obdzielić dwa kawałki, do których mam taki sam sentyment. Kto na początku lat osiemdziesiątych nie słyszał o Kajagoogoo? Nie sądzę, że była taka osoba. Fajni chłopcy, którzy wyróżniali się z tłumu swymi fryzurami. Przy okazji mieli parę fajnych kawałków. I w tym momencie powinienem wspomnieć o Too Shy. A ponieważ powinienem, więc tego nie zrobię. Zrobię jednak mały skok czasowy i zacznę od momentu rozpadu kapeli. Limahl, o którym za chwilę, poszedł swoją drogą, Kaja (czy Kajas) swoją. Chłopaki zmienili troszkę muzykę i fryzury. Złośliwcy twierdzili, że nie miał kto im stawiać pióropuszów, bo zabrakło fryzjera (podobno Limahl naprawdę był fryzjerem). Ale teraz o utworze. Pamiętam, że w tamtym czasie nie było programów ani kanałów muzycznych. To znaczy pewnie były, ale nie w tym kraju. Zostawało tylko przegrywanie kaset o marnej jakości. Aż tu nagle ktoś wpadł na pomysł nadawania w tvp2 o godzinie 19.00 jednego teledysku polskiego i jednego zagranicznego. Problem polegał na tym, że zajęcia w szkole podstawowej kończyłem przed 19. Cóż, trzeba było łapać w locie kurtkę i teczkę i biegiem pokonywać sporą odległość do domu. Z reguły udawało mi się zdążyć. I dzięki temu mogłem oddawać się nie tylko słuchaniu, ale i oglądaniu. To teraz Wy posłuchajcie i looknijcie :) (co prawda wersja koncertowa, ale co tam).



Z tych samych powodów utkwił mi w pamięci Too Much Trouble Limahla, czy raczej Christophera Hamilla. Jak fama głosiła przemianował się na Limahla, ponieważ nie chciał się mylić z Markiem Hamillem (któż zacz chyba doskonale wiecie). Choć bardziej wygląda to na anagram. Mniejsza o to. Tym utworem i bardziej u nas znanym Never Ending Story wspiął się na szczyty popularności. No to posłuchajcie.



Jesteście w połowie mojej opowieści. Mam nadzieję, że żyjecie i macie się dobrze. Jeśli tak, to łyk herbaty i jedziemy dalej.

5. It's a Sin – Pet Shop Boys
Chłopaki z Pet Shop Boys wylansowali masę przebojów. Jednak najbardziej ten utkwił mi w pamięci. Jeśli spodziewacie się fajnej historii, zawiodę Was. Pamiętam, kiedy zasłuchiwałem się w tym kawałku było lato, wakacje, słoneczna pogoda. Ja nastoletni chłopak i moi kumple. Stoimy przed blokiem, rozmawiamy, jest fajnie. Dobiega do nas znajomy z informacją, że właśnie umarł ojciec naszego wspólnego kolegi. Nagle, bez choroby. Ogarnął nas wielki żal, smutek i przygnębienie. Wtedy to było moje pierwsze dzień dobry ze śmiercią. Nie ma sensu brnąć dalej w ten temat. Tak czy inaczej, kiedy słucham tego utworu, chcąc nie chcąc w myślach powracam do tamtych smutnych chwil.



4. A Forest – The Cure
Tą grupę odkryłem, kiedy miałem dosyć czegoś, co opiszę za chwilę. Poza tym moje nastawienie do życia było skrajnie pesymistyczne. I wtedy trafiło mi się The Cure, idealnie wpasowując się w mój nastrój. I tekstowo i przede wszystkim muzycznie. Na marginesie dodam, że od tej chwili będę miał ogromny problem w wyborze tego jednego, najbardziejszego kawałka. Tak właśnie jest teraz. Dlaczego akurat A Forest? Nastrój, tekst, muzyka i przede wszystkim obłędna gitara basowa. Jeśli ktoś nie zna tego kawałka, proponuję go odpalić i zamknąć oczy. And again, and again, and again robi naprawdę wrażenie.



3. Never Let Me Down Again – Depeche Mode
Przed chwilą mówiłem o trudnym wyborze. No to teraz będzie jeszcze zabawniej. Kawałkami tego zespołu mógłbym zapełnić nie tylko tą listę, ale rozciągnąć ją do niebotycznych rozmiarów. Dla mnie Depeche Mode zaczęło się od Some Great Reward, czyli w 1984 roku. Od tego momentu byłem ich fanem. Skończyło się niestety na Music For The Masses (czy na 101, choć to akurat nic nie zmienia). Tego, co działo się później już nie ogarniałem. Choć przeczuwałem, że kiedyś wrócą do podobnych brzmień, jak zresztą się stało. Nie ogarniałem ich muzycznie. I strasznie zaczął przeszkadzać mi ruch tzw. depeszowski. W pewnym momencie było ich tyle, że bałem się podnieś deskę w ubikacji. Oczywiście nikogo nie krytykuję, nie było mi po prostu z takim afiszowaniem po drodze. Wtedy to właśnie przerzuciłem moją muzyczną sympatię na The Cure. Wracamy do Never Let. Dlaczego ten? Przypomina mi on przyjaźń z fajnym gościem (nomen omen współzałożycielem jednego z najwcześniejszych fan clubów zespołu w Polsce – akurat to mi nie przeszkadzało). Sporo czasu spędzaliśmy razem i pewnym momencie traktowałem go jak brata. Mieliśmy podobne zainteresowania, podobne kłopoty, poza tym zawsze mogłem na niego liczyć. To fajne uczucie mieć kumpla, który ma chwilę czasu i poświęca ją tobie. Któremu czasami można się wypłakać i który da ci kopa w tyłek, kiedy na niego zasługujesz. Dzięki Endrju!



2. Save A Player
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Będąc chłopcem przez przypadek zobaczyłem na dwójce koncert zespołu promujący Arenę. Zakochałem się w tej płycie, grupie i tak mi zostało do dzisiaj. Zwieńczeniem tej miłości była możliwość zobaczenia ich parę lat temu na żywo. Obawiałem się, że zobaczę starych pryków, którzy nieudolnie odśpiewują swoje kawałki. Było zupełnie inaczej. Byli w świetnej formie fizycznej i muzycznej. Jeśli czytaliście poprzedni mój post, wiecie jak Save A Player leciał. Jeśli jeszcze go nie znacie, teraz macie niepowtarzalną szansę wsłuchać się w niego :).



1. How deep is your love – Bee Gees
Wcale nie zdziwiła mnie pozycja numer jeden. Dziwi mnie za to fakt, że o tym zespole nie mówi się tak wiele i tak często, jak o The Beatles a przecież to ten sam kaliber. Dla mnie Bee Gees to fabryka przebojów, bez których nie wyobrażam sobie udanej tanecznej prywatki. Choć Travoltą nie jestem i już nie będę, przy ich muzyce czuję, jak nogi same podrygują. Jak w poprzednich pozycjach, tak samo tutaj trudno było się zdecydować, co wybrać. Postawiłem na How Deep może dlatego, że miałem okazję usłyszeć go po raz pierwszy pod koniec lat siedemdziesiątych, dla mnie pierwszego przeboju grupy. Od razu wpadł mi w ucho, niestety nie miałem wtedy żadnego muzycznego sprzętu, więc pozostawało mi tylko nucenie lub odwiedzanie cioci, która miała go nagranego. To były fantastyczne, młodzieńcze i beztroskie lata. Ciekawostką jest to, że przed jego wykonaniem na koncertach, Barry zawsze dedykował go przedwcześnie zmarłemu bratu chłopaków. Niech ów kawałek będzie przyczynkiem do poznania przez Was tego zjawiska, które zwie się Bee Gees. Polecam.



I to już koniec mojej podróży. Gratuluję i podziwiam wytrwałych. Mam nadzieję, że coś wpadło Wam w ucho a może komuś odświeżyłem pamięć. Kończąc zachęcam Was do pochwalenia się utworami z Waszej młodości. Z miłą chęcią poznam Was od tej innej, muzycznej strony. A i dla Was będzie to okazja do wspomnień, które powrócą jako żywo w takt melodii sprzed lat. Cześć!

Mój blog ma rok!!!

23 comments


Witajcie Drodzy Podglądacze mojego bloga. Postanowiłem, że ten tydzień będzie obfitował w rocznicowe wpisy. W poprzednim poście (jeśli jeszcze go nie czytaliście, koniecznie kliknijcie > tu < albo > tu <) słów parę padło o mojej maleńkiej, ukochanej Księżniczce, która stała się prawie pełnoletnia. Fakt, jeszcze do osiągnięcia przez Myszę pełnoletności zostało nam 17 lat, ale przecież czas tak szybko leci ;)).

Dziś wspomnę o następnej rocznicy, która w ferworze walki gdzieś się niechcąco zapodziała. Może nie zapodziała, ale czasu do popełnienia takowego tekstu nie było. Mowa o rocznicy blogowania. Tak Moi Drodzy czynię to już rok i przyznam, że sam siebie podziwiam. Zakładając „Dziecinne problemy taty” nie sądziłem, że tak długo wytrzymam. Myślałem, że po paru postach sprawa będzie skończona. A tu masz, jestem do dzisiaj i mam się nieźle. Pisząc nieźle mam na myśli, że zaczęło mi się to podobać. Podoba mi się to, że mogę dzielić się moim szczęściem, skrzętnie je opisując. I na dodatek są osoby, które to czytają. Miłe. Uwaga, uwaga, teraz będę się wkręcał, taram. Właśnie w tym miejscu (i to czynię naprawdę poważnie) postanowiłem podziękować wszystkim zaglądaczom, podglądaczom, obserwatorom, znajomym i przyjaciołom za to, że wchodzą, że czytają, a nielicznym za to, że nawet zostawiają po sobie bardzo miły ślad w postaci komentarza. Wielka buźka :))).

Prócz tego fajnie jest też obserwować innych. Poznałem w tym czasie wiele blogów i ich właścicieli. Poznaję ich troski, kłopoty, często pokrywające się z moimi. Korzystam z ich porad. Cieszę się także ich szczęściem. Tak normalnie, po ludzku, bez zobowiązań, z głębi serca, bo taki jestem. I wiecie, kiedy przez jakiś czas nie loguję się, bo chroniczny brak czasu przecież, zaczyna mi tego zaglądania brakować. Tak mi się na stare lata porobiło.

Jak pewnie zauważyliście, nie podaję żadnych rocznicowych statystyk. Nie podaję, bo są pewnie osoby, które mogą się pochwalić takimi po tygodniu działalności. Nie podaję też, bo to nie jest dla mnie aż takie ważne. W założeniu ten blog miał być przyjaznym blogiem dla przyjaznych ludzi oraz pamiątką dla Ady. Nie zaś marketingową torpedą nastawioną tylko i wyłączne na zysk, na stronach której nie znajdziecie ni krzty emocji. Gwoli wyjaśnienia, nie mam nikogo na myśli, nie krytykuję żadnego bloga a tym bardziej żadnego blogera. Tak sobie mój blog wymyśliłem i będę się tego trzymał (przynajmniej na razie). Bo tak, bo to mnie bawi i tak mi się podoba. I już. To nie znaczy, że kiedyś nie pojawi się tu jakiś wpis promocyjny dotyczący czegoś ciekawego, ale nie było, nie jest i nie będzie to priorytetem.

I na koniec jeszcze o krytykowaniu słowo. Do tej pory byłem krytyczny wobec innych a w szczególności wobec siebie. Wymagałem od siebie bardzo dużo, od innych znacznie mniej, ale i tak był z tym problem. Blog oduczył mnie takiej postawy. Teraz radość sprawia mi, gdy mogę kogoś pochwalić. Pochwalić za to, co zrobił lub jak się zachował. Nie mówię rzecz jasna o pustym wkręcaniu się w tyłek, czego nie czynię i czynić nie będę. Zauważyłem, że fajnie jest obdarować innych dobrym słowem, które może być motywacją do dalszego działania. Fajne uczucie. Pewnie je znacie :).

I już naprawdę na sam koniec... mam nadzieję, że przez ten rok przyzwyczailiście się do mojego poczucia humoru. Wiecie, że zarówno w tekstach, jak i w komentarzach czasami pozwalam sobie na mały żarcik. Dla tych, którzy jeszcze nie połapali dopowiem, że czynię to z czystej sympatii i tak należy to interpretować. Zatem kończąc, mając nadzieję, że przed nami następny wspólny rok, zapraszam do wysłuchania utworu, który jest ze mną od 33 lat. Będąc pacholęciem zakochałem się w nim, od tamtej pory towarzyszy mi, doskonale poprawiając nastrój i teraz Wam go dedykuję, enjoy! :)

Pierwsze urodziny Adusi

23 comments


Za nami pierwsza poważna impreza Myszy. W ten weekend bardzo uroczyście świętowaliśmy roczek naszej córeczki. Moim zdaniem wszystko wyszło perfekcyjnie, czyli tak, jak wcześniej zakładałem :).

W piątkowy wieczór (w sumie to była już noc) razem z żoną wieszaliśmy uprzednio przygotowane elementy dekoracji. Kompozycja z balonów, chorągiewek i serpentyn spodobała się wszystkim. Dusiaczek też był zaskoczony, kiedy rano się obudził i został wprowadzony na salę balową. Postanowiliśmy z żoną, że złożymy życzenia Myszy w godzinie, w której przyszła na świat. Uważnie śledziłem zegarek, aby nie „zaspać”. Ten moment był dla mnie emocjonalnie zdecydowanie najważniejszym tego dnia. Przed oczami przebiegło mi wszystko to, co się przez ten rok wydarzyło. Niesamowita chwila.

A później? Później już tylko nerwowe spinanie wszystkiego, aby zdążyć na czas. Tuż przed przybyciem gości Adunia została ubrana w kreację urodzinową. Zobaczcie sami, jak wyglądała moja kochana księżniczka.

Fot. Adunia – najważniejsza osoba na przyjęciu.

Goście odliczyli się w pełnym składzie. Niestety musieliśmy ograniczyć się do osób, bez których ta uroczystość odbyć się nie mogła. Wszystko przez takie a nie inne warunki lokalowe. Mysza była pod wrażeniem tylu ludzi, ale muszę przyznać, że zachowywała się grzecznie i godnie. Przyjęła od wszystkich życzenia oraz przepiękne prezenty, przy odpakowaniu których pomagali jej najmłodsi goście. Przyszedł wreszcie czas na wróżbę. Ze wszystkich rzeczy, które znalazły się na dywanie (a były to książka, różaniec, długopis, klucze, śrubokręt, nici, kalkulator, kredki) pierwszy wybór Ady padł na kluczyki do samochodu. Przyznam się, że był dylemat, czy położyć klucze od mieszkania czy od auta. Samochodowe wygrały w demokratycznym głosowaniu. Zaproponowałem właścicielowi kluczyków, aby dziecku ich nie zabierał a raczej dołożył dokumenty od samochodu. Niestety nie wiedzieć czemu nie przystał na moją propozycję :). Wracając do wróżby, wychodzi na to, że Mysza będzie dzierżyć władzę w swoich rękach. Poza tym będzie osobą rozważną, ostrożną i opiekuńczą. Są to zaiste przymioty, co się zowią. Drugim wyborem Aduni, na pociechę ojca, były kredki. Przyznam się, że chciałbym, aby córka spełniała się plastycznie. Czas pokaże, czy otrzymała talent i chęci do takiej pracy.

Fot. Pierwszy krok w artystyczny świat.

Na koniec Mysz drapnęła kalkulator. Jeśli nie będzie malować, będzie przynajmniej dobrze rachować :). Niektórzy kładą także kieliszek, ale mimo, że podchodzę do tej zabawy kompletnie lajtowo, kusić losu jednak nie zamierzałem. Po wróżbie nastąpił kulminacyjny moment przyjęcia i na stół wjechał tort urodzinowy. Wiedziałem, że żona się spisze, ale nie sądziłem, że wyjdzie jej cudo. Tak właśnie się stało. Był przepiękny a smakował jeszcze lepiej. Zresztą zobaczcie:

Fot. Tort urodzinowy Adusi w całej okazałości.

Celebrowanie urodzin Myszy trwało do wieczora. Wszyscy bawili się wybornie. Mam nadzieję, że następne urodziny będą co najmniej takie udane, jak te.

Przesłanie z Dniem Babci w tle

13 comments


Zbliżał się, zbliżał i wreszcie nadszedł. Dzień babci. Pewnie przez wiele babć mile oczekiwany. Dzień, w którym zbiega się przemiła ferajna łobuziaków z życzeniami. Zbiega się do osoby, która jest tak ważna jak rodzice a czasami nawet ważniejsza.

Wszak to babcia ma anielską cierpliwość, zawsze czas i ciepłe słowo, ciekawe opowieści i moc łakoci, którymi często wnuczków obdarowuje, wbrew ojcowskim zakazom. Takie odwiedziny nas też czekają. Pierwszy raz udamy się do naszych mam z małą Myszą. Jedna co prawda posiada już grono wnuczusiów, druga natomiast w tej roli stawia pierwsze kroki. Pewien jestem, że i jednej i drugiej babci uśmiech na twarzy zawita. Laurki jednak w tym roku nie będzie. Zbyt małą jeszcze dziewczynką Mysz jest, aby próbować coś z nią przygotować. Zanim cokolwiek by powstało, szybciej kredka zostałaby zjedzona a kartka podarta. A i mnie zastąpienie Ady nie w smak. Sądzę, że nie ma nic bardziej wartościowszego, niźli przygotowanie czegoś własnoręcznie. Tak miałem wpajane do głowy i takie też dziś mam na sprawę zapatrywanie. Za to za rok, oj to już będzie inna bajka. Nie wyobrażam sobie, żeby Dusia czegoś nie przygotowała. Z moją czy żony małą pomocą rzecz jasna, ale tak naprawdę sama, własnoręcznie. I tak zamierzam czynić. Wprowadzać córkę w różnego rodzaju pracę manualne. Pokazywać, prezentować, pomagać, ale nie wykonywać za nią. Pewnie wiele umiejętności będę musiał sobie oczyścić z nadmiaru kurzu, innych się po prostu nauczyć, ale czego nie robi się dla własnego dziecka.

Przyznam się, że od niedawna obserwuję rodziców, którzy wykonują prace plastyczne za swoje dzieci. Tak, nie z dziećmi a za nie! Słyszę, że takie czasy, że ciągle mało czasu, że dziecko nie umie, że do szkoły potrzebne i trzeba walczyć o jak najlepsze noty. To są argumenty, co się zowią, nieprawdaż? Niestety nie dla mnie. Uważam, że tak właśnie kształtują się pokolenia manualnych nieudaczników. Tylko komputer, tablet czy smartfon. Ale gdy trzeba użyć kredki, oj tu się robi problem nie lada. Mimo, że ów problem tak naprawdę jeszcze mnie nie dotyczy, zauważam go. Jestem jego świadom i dlatego zrobię, co w mojej mocy, aby moje dziecko miało okazję tworzyć cudne rzeczy, wykorzystując do tego własną głowę i własne ręce, używając najprostszych narzędzia. Już potrafię wyobrazić sobie, jaką frajdę i poczucie własnej wartości będzie miała Ada, kiedy uda jej się wykonać choćby przysłowiową laurkę. A to, że ojciec nie położy się na drzemkę czy jej dzieło w szkole nie zostanie tak dobrze ocenione, jak wytwór innego rodzica, nie będzie miało dla mnie żadnego znaczenia. Dlatego namawiam wszystkich rodziców do wspólnej pracy z dzieckiem. Pokażcie mu świat plastyki i nie żałujcie swojego czasu. Nie potrzeba go przecież aż tak wiele. Zapewniam, że to dobra zabawa i niezapomniane chwile radości dla waszych milusińskich.

Final countdown rozpoczęte

14 comments


Dziś ciut o przygotowaniach do rocznicowego balu i o paru fajnych ciuszkach. Można by rzec, że final countdown rozpoczęte. Za niecały tydzień obchodzimy roczek naszej Myszy. Im bliżej terminu, tym więcej pracy i pewnie stresu. Staram się podchodzić do tego na luzaku. Przecież musi się udać. To będzie mój kolejny pierwszy raz. A w tym rok było ich całkiem sporo. Wiedząc, że roboty będzie mnóstwo i żona pewnie będzie okupować kuchnię, postanowiłem obwołać się samozwańczym kierownikiem sali. Sami przyznacie, że bycie kierownikiem pokoju brzmi mało poważnie. Żona się z tego tytułu nabija ze mnie, ale co mi tam. Zamierzam wystrzałowo udekorować pokój. Już zebrałem materiały. Trzeba jeszcze powycinać co nieco. Przewiduję baloniki, serpentyny, flagi i napisy. Wszystko ma być przede wszystkim kolorowe i zabawne. Do tego trzeba będzie wysprzątać mieszkanie i trochę je przemeblować, ponieważ na imprezce u Dusiaczka będzie też sporo małych dzieci. Trzeba więc pomyśleć o zagospodarowaniu przysłowiowego skrawka dywanu na miejsce do zabawy.

Wracając do dekorowania pokoju, doszło teraz do mnie, że to będzie mój drugi raz. Zapomniałem o tym, że przyozdobiłem mieszkanie na powrót moich dziewczyn ze szpitala. Wtedy co prawda fajerwerków nie było, bo i głowy tak naprawdę do tego nie miałem. To był zdecydowanie sponton. Pamiętam, że o drugiej w nocy sprawdzając, czy mam wszystko, co potrzebne, aby następnego dnia jechać po mamusię i córusię doszedłem do wniosku, że trzeba jakoś je przywitać. Nie mając dosłownie nic pod ręką zacząłem improwizować. Jak wyszło, tak wyszło, ale chyba zadziałało, bo żona łezkę uroniła.

Paczka niespodzianek

Nie dalej, jak dwa dni temu żona zakomunikowała mi, że mam odebrać jakąś paczkę w Empiku. Już w jej uśmiechu widziałem, co się święci. Otóż mamusia zamówiła córeczce sukienkę na roczkową imprezę. Hm, zaczyna się, pomyślałem. Teraz będą mi się stroić na potęgę. Do tej pory sądziłem, że mam rękę na pulsie, a tu masz ci bracie. Po dostarczeniu paczki odbyła się przymiarka.

Źródło zdjęcia: smyk.com


Sukienka może ciut za długa, ale tragedii nie ma. Lepiej w tę stronę, niż miałaby być za mała. Przynajmniej jeszcze raz założy (hm, mam taką nadzieję). Mysza wygląda w niej świetnie. Cały czas mam wrażenie, że to jakiś sen. Najpierw informacja o ciąży, później maleńki szkrab a teraz stoi przede mną mała panienka – moja ukochana panienka.

Dodatkowo Adusia dostała dwie ładne czapeczki, które z pewnością się przydadzą. Kosztowały nas sześć i osiem złotych. Za tą cenę naprawdę żal było ich nie wziąć.

Źródło zdjęcia: smyk.com

W pudełku była też ładna bluzeczka w paski i to, co mi najbardziej przypadło do gustu. Mowa o sweterku z kapturem. Jest zapinany na guziki i posiada ciepłą podszewkę. W nim Dusiaczek na pewno nie zmarznie.

Źródło zdjęcia: smyk.com
Źródło zdjęcia jedynkowego: Sonja Langford

Zróbmy sobie Kubusia

24 comments

Dziś słów parę o nakryciu małego złodziejaszka na gorącym uczynku i o wyzwaniu rzuconym przez żonę. Wielkimi krokami zbliżamy się do hucznego świętowania roczku mojej córeczki. Trudno mi dalej uwierzyć, że jest z nami i to już prawie rok. Jak ten czas szybko leci. Rok mija a ja jeszcze dokładnie pamiętam wszystko z dnia, w którym przyszła na świat. Pamiętam, jak gnałem do szpitala mimo tego, że żona mówiła, abym się nie śpieszył. Pamiętam... ach na wspomnienia niedługo przyjdzie czas, więc odłożę tą, dla mnie niewątpliwą przyjemność, na kiedy indziej.

Adunia ładnie się rozwija i rośnie w oczach. Codziennie trenuje chodzenie i widać, że wychodzi jej to coraz lepiej. Wczoraj przeszła 21 kroków i to z zatrzymaniem się i obracaniem. Widać więc, że roczek będzie podeptany. Na dole wychodzi już drugi ząbek i zdaje mi się, że ruszyły się ząbki na górze. Dziś żona zaglądała Małej do buźki i sądzi, że to nie jedynki a chyba dwójki zaczynają się wykluwać. Prócz tego Mysza jest coraz bardziej ciekawska i spostrzegawcza. Nic nie ujdzie jej uwadze. Wszędzie musi zajrzeć, wszystkiego dotknąć a najlepiej jak się da, spróbować. No i zaczyna być nieusłuchana. Mam wrażenie, że łobuzowanie sprawia jej dużą frajdę. Ostatnio żona robiła porządki w szafce ze słodyczami. Ada oczywiście musiała jej towarzyszyć. Dotykała wszystkich opakowań, przekładała je z miejsca na miejsce, pokazując wszystko mamie i wydając przy tym dźwięki zachwytu w stylu: - Ooooo! W pewnym momencie mama zauważyła, że córeczka uspokoiła się i znikła. Po krótkiej akcji poszukiwawczej odkryła, że nasze maleństwo buchnęło jednego cukierka toffi, oddaliło się w zaciszne miejsce, odwinęło część papierka i zaczęło ssać zawartość. Kiedy Mała zobaczyła mamę, wrzuciła na małą buźkę promienny uśmiech i zaprezentowała zdobycz, opisując ją jako: - Abufff. Kto ją nauczył podkradać i odwijać papierek, tego nie wiem. Ale wiem jedno, ubaw był przy tym niezły.

Nowy rok – nowe problemy

Wiedząc, że roczek Ady już niedługo, zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, co będzie z receptami na mleko, które Miśka pije. Podglądacze mojego bloga wiedzą, że mamy dość duży problem ze skórą córki. W badaniach alergologicznych nic nie wyszło. Ale na skórze cały czas pojawiają się suche wykwity. Jedne giną a na ich miejsce wychodzą drugie. Po skończeniu roczku pediatra nie będzie mógł już wystawiać recept, bo jakiś urzędnik (wiedzący lepiej, co na skórze mojej córki się pojawia) przy braku pozytywnego wyniku testu alergologicznego może te recepty zakwestionować. Prawdopodobnie z pomocą przyjdzie nam alergolog, który stwierdził, że te wykwity jednoznacznie są oznaką alergii i Ada musi pić do drugiego roku życia owe mleko. Będzie więc wystawiał recepty, ale jak to naprawdę będzie zobaczymy.
A propos chorej służby zdrowia w tym chorym kraju hicior z ostatniej chwili. Chcieliśmy zapisać dziecko do dermatologa. Do tej pory wystarczyło zadzwonić i się umówić. Od tego roku jednak został wprowadzony nakaz posiadania skierowania od swojego lekarza. Jak to pani z wielką szczerością argumentowała przez telefon: - Wszystko po to, aby zmniejszyły się kolejki do lekarza.  Ja proponuję bystrzakom, którzy to wymyślili, aby wprowadzić zakaz odwiedzania lekarza w województwie, w którym się mieszka. Wtedy wszystkie kolejki znikną. I jak tu ma być dobrze?

Narodziny Kubusia

Teraz troszkę z innej beczki. Ci, którzy odwiedzają mój profil fejsbukowy wiedzą, że od niedawna wojuję z Kubusiem... ale od początku. Żona przygotowując się do wykonania tortu dla Ady zaproponowała, abym wykonał do niego dekorację. Pomysł padł na Kubusia Puchatka, który miał powstać z masy cukrowej. Cóż było robić, musiałem się zgodzić mimo, że nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek Kubusia choćby narysował (a przepraszam, popełniłem go na ścianie w pokoju Myszy), o pracy w masie cukrowej nie wspominając. Trzeba więc było przejść do czynów. Dwa wieczorne posiedzenia, parę kolorów masy cukrowej, ciut wyobraźni i powstało to, co widzicie poniżej.


Ciekaw jestem, jak to będzie wyglądało na torcie. Teraz wszystko w rękach mojej żony, choć przyznam, że o to akurat jestem spokojny. Ma dziewczyna wielką smykałkę do takich rzeczy. Dla wszystkich, którzy chcieliby wykonać coś podobnego dla swoich pociech lub zwyczajnie się z nimi pobawić, podaję przepis na masę cukrową: ok. 70 dag cukru pudru, 70 ml zimnej wody, 50 g glukozy spożywczej, 4 płaskie łyżeczki żelatyny, 3 łyżeczki margaryny Palmy i olejek pomarańczowy. Przy wyrabianiu podsypywaliśmy na spód troszkę cukru pudru, aby masa nie przyklejała się do stolnicy. Trzeba jeszcze wspomnieć o kolorach, które uzyskałem dodając do części masy barwniki spożywcze. Wykonane elementy były sklejane lukrem, czyli cukrem pudrem z odrobiną wody. Miłej zabawy :).

Nowy rozdział czas zacząć

25 comments

Chwile podniosłej, świątecznej atmosfery już za nami. Wszystko, co miłe szybko się skończyło. Stanowczo za szybko, ale cóż począć.Za mną szalony rok. Rok spełnionych marzeń. Rok, w którym na świecie pojawiła się moja córeczka. Jeśli ktoś półtora roku temu powiedziałby, że przyjdzie mi poznać smak posiadania i opiekowania się małą istotką, uznałbym to za wielce niestosowny żart. A dziś? Dziś nie potrafię sobie wyobrazić życia bez Aduni. To świetne uczucie. Uczucie, które pozwala mi z radością budzić się codziennie. Uczucie, które powoduje, że jeszcze szybciej biegnę po pracy do domu.
Adunia pierwszy raz sama wybrała się na spacer, stawiając przy tym aż dziesięć kroków, z czego rodzicę promienieją z dumy :).
Pamiętam, jak kiedyś, mając świadomość, że na polu posiadania dzieci mam pozamiatane, wyobrażałem sobie, jak cudowną chwilą musi być moment powrotu do domu, w którym do przedpokoju wbiega mały pędrak krzycząc: tata! Miśka, co prawda jeszcze nie mówi, ale zawsze, kiedy wracam, wita mnie w progu. Kocham ten moment. Zresztą nie tylko ten. Jest ich wiele. Jednym z najfajniejszych jest także ten, w którym biorę Miśkę na ręce a ona wkręca się w moją szyję, szukając najbardziej wygodnej pozycji dla swojej maleńkiej główki. No i oczywiście jej uśmiech, którym nas codziennie obdarowuje.

Niezapomniane święta

Te święta były dla naszej rodziny wyjątkowe. Po raz pierwszy nasza córeczka zasiadła z nami do wigilijnego stołu. Zanim jednak to się stało, były życzenia. To magiczna chwila. Chwila, w której przemknęło przez moją głowę wiele myśli. Zdałem sobie sprawę z tego, jakie do tej pory były nasze święta. Sztampowe, smutne, nijakie.

Adusia ze swoją nową, rozśpiewaną koleżanką.

W tym roku było zupełnie inaczej. Chwilę, w której biorę Duszka na ręce, pierwszy raz życzę jej wszystkiego, co najlepsze, ściskam i łamię się opłatkiem, zapamiętam na zawsze. Z tym łamaniem było najprościej. Ponieważ Ada pochłania wszystko, wystarczyło tylko podsunąć jej opłatek :). Z tego wszystkiego nie zauważyłem nawet, jak żona, ściskając Adę, roni łezkę. To był moment prawdziwych wzruszeń.

Troszkę przykrości

Prócz tych wspaniałych chwil okres świąteczno-noworoczny obfitował także w mniej sympatyczne momenty. Tuż przed świętami ja złapałem przeziębienie. W święta Miśka miała wysoką temperaturę. Początkowo sądziliśmy, że to efekt ząbkowania. Ucieszyliśmy się, kiedy wysoka temperatura ustąpiła. Jednak następnego dnia pojawiła się chrypa i Ada przestała mówić. Strasznie było na jej męczarnie patrzeć. Na patrzeniu oczywiście się nie skończyło. Mieliśmy trochę bieganiny po lekarzach. Na szczęście wszystko ustąpiło i obeszło się nawet bez kaszlu i kataru, czego obawiałem się najbardziej. A żeby tego było mało, po nas zachorowała żona i ją rozłożyło najbardziej.

Przed nami nowy rok
Nowe wyzwania, nowe przyjemności, nowe obserwacje i obowiązki. Ada codziennie czymś nas zaskakuje, więc nudzić się nie będziemy. Nie dalej jak wczoraj pobiła swój rekord. Sama przeszła około dwóch metrów, stawiając przy tym dziesięć kroków. Super było te zmaganie obserwować. W ogóle wczoraj naszło ją na chodzenie. Próbowała robić to przy każdej nadarzającej się okazji. Coś czuję, że dopiero teraz trzeba będzie ją pilnować. Ale wczorajszy dzień zapamiętam nie tylko z powodu jej spacerów. Uwaga, uwaga!  Właśnie wczoraj Ada pierwszy raz powiedziała słowo: tata, powtarzając je parokrotnie w ciągu dnia. Ucieszyłem się z tego, jak dziecko i wiem dobrze, że dużo w tym zasługi żony.
Pierwsze wspólne święta i przywitanie nowego roku za nami. Czas na pierwsze urodziny Miśki, które już niebawem. Powoli zaczynamy się do nich przygotowywać, ale o tym opowiem kiedy indziej. Wszystkiego, co najlepsze dla Was wszystkich w nowym roku.

Źródło zdjęcia do grafiki: internet.

Opowieść noworoczna

10 comments

Dawno, dawno temu. Może nie tak dawno, jak w znanych bajkach, ale na tyle dawno, że można by już zapomnieć. Więc dawno temu żył sobie mały chłopiec. Mieszkał w dwupiętrowej kamienicy, w jednoizbowym mieszkaniu. Nie potrzebował więcej miejsca, bo o możliwości posiadania własnego pokoju miał się przekonać dopiero za parę lat. Jaś, bo tak mu było na imię, nie różnił się niczym od swoich rówieśników. No może tylko tym, że był naprawdę spokojnym dzieckiem. Nie miał w sumie innego wyjścia, ponieważ każde jego niestosowne zachowanie było od razu pacyfikowane przez mamę. Większość czasu spędzał w domu, gdzie najczęściej rysował. Oj to lubił ponad wszystko. Kiedy dostawał kredkę bądź ołówek, potrafił dosłownie „znikać” na parę godzin. Można go było rzecz jasna zobaczyć na małym podwórku za domem, gdzie bawił się z dwoma koleżankami w podobnym wieku. Lubił też pomagać mamie. A to zamiatał a to składał pranie. Była jednak jedna rzecz, której nie robił. Otóż nie chodził z mamą na poddasze do suszarni wieszać pranie. Nie dlatego, żeby nie miał ochoty. Jasiek po prostu się bał. Niejednokrotnie wychodząc z mieszkania przechodził koło schodów prowadzących do suszarni. Były to stare, drewniane i trzeszczące schody, które stromo pięły się do góry i kończyły drzwiami z desek, skrzętnie skrywanymi w półmroku. Jednym słowem klimat z horrorów.

Wszystko było w porządku, kiedy mijał je z kimś starszym. Gdy jednak przechodził koło schodów sam, w tym miejscu zdecydowanie przyspieszał. Taka sytuacja trwała dość długo. Jednak pewnego razu, któregoś zimowego wieczoru, wszystko się zmieniło. Wieczorną porą jego mama powiedział, że idzie wieszać pranie i jeśli Jasiek chce, może iść z nią. W głowie chłopca pojawiły się dwa lęki, pierwszy przed zostaniem samemu w mieszkaniu i drugi przed pójściem na strych. Tym razem wizja zostania samemu stała się bardziej straszną, dlatego Jaś postanowił wybrać się na górę. Kiedy mama wspinała się po słabo oświetlonych schodach, chłopiec podążając za nią krok w krok, kurczowo trzymał się jej spódniczki. Gdy dotarli na górę mama zaświeciła żarówkę, przymknęła drzwi i od razu, nie zwracając uwagi na malca, zaczęła wieszać pranie na drewnianych drągach. Chłopiec nieśmiało zaczął przechadzać się po suszarni. - Tak strasznie tu nie jest – pomyślał. Pomieszczenie było dość spore i słabo oświetlone. Znajdowała się w nim cała masa drewnianych drągów, podwieszonych do sufitu sznurkami. Na samym środku znajdowała się drabina, która prowadziła na dach budynku. I to właśnie ona od razu zaciekawiła Jaśka. Kiedy ostrożnie wspiął się na parę szczebelków, usłyszał głos mamy. - I gdzie tam wchodzisz? Spadniesz i zrobisz sobie krzywdę. Zejdź natychmiast i pomóż mi wieszać pranie! Cóż miał zrobić. Zszedł pokornie, mruknął coś pod nosem na tyle cicho, żeby mama nie słyszała i zaczął podawać pranie. Trwało to dłuższą chwilkę, która tak naprawdę posłużyła mu do bardziej wnikliwego przyjrzenia się pomieszczeniu. Gdy ciekawskim wzrokiem podążał po suszarni spostrzegł ogromny kamień. - Po co tu komu taki głaz? - pomyślał. W pewnym momencie, w najciemniejszym rogu poddasza coś spostrzegł. Wytężał swój wzrok, ale było zbyt ciemno, aby rozpoznać, cóż to takiego. Spytał mamy czy może troszkę odpocząć i kiedy dostał dyspensę od razu skierował się w stronę zagadki. Im był bliżej, tym bardziej obiekt przybierał znajome kształty. Gdy był na miejscu okazało się, że przed nim stoi duża, stara, drewniana tajemnicza skrzynia. Kiedy próbował się zabierać do uchylenia zakurzonego wieka, usłyszał coś, czego w tym momencie bardzo usłyszeć nie chciał. - Janku wracamy do domu. Chłopiec spuścił głowę i udał się w kierunku mamy. Postanowił sobie wtedy, że kiedyś tu wróci i odkryje skarby, które zapewne w skrzyni się znajdowały.

Zima minęła, potem wiosna aż nastało lato. Pewnego słonecznego dnia, kiedy Jaś wychodził na podwórko, jak zwykle przechodził koło strychowych schodów. I nagle przypomniał sobie o swojej obietnicy. Rozejrzał się wokoło, czy nikt go nie obserwuje. Nie było nikogo. Zmienił kierunek i delikatnie, żeby zniwelować trzaski schodów, udał się na górę. Otworzył drzwi. Mimo, że było południe, półmrok był wszechobecny. Przez małe okienko wpadało na tyle mało światła, aby oświetlić całe pomieszczenie. Na tyle jednak dużo, aby móc zobaczyć wszechobecny, unoszący się w powietrzu kurz. Nie tracąc ani chwili udał się w miejsce, gdzie stała skrzynia. Gdy był na miejscu wziął głęboki oddech i podniósł wieko. Jego marzenie o wielkim skarbie w jednej chwili prysło. W przepastnych czeluściach skrzyni znalazł między innymi drewnianego, kolorowego koguta, stare, zardzewiałe koło od roweru, lalkę, szczęśliwą posiadaczkę już tylko części włosów. W pewnym momencie zauważył, że coś błysnęło w rogu skrzyni. Z ciekawością wsunął tam małą rękę. Poczuł coś dziwnego. Złapał i wyciągnął. Popatrzył i zobaczył małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Podbiegł do okna i patrząc pod słońce zajrzał do jej środka. Kiedy tak podziwiał mieniące się w niej kolory, uzmysłowił sobie, że jednak warto było zajrzeć do środka skrzyni. Postanowił potraktować kuleczkę jako swój łup i wziąć ją ze sobą. Szybko posprzątał po sobie i zbiegł po schodach na dól, lecz zamiast wejść do swojego mieszkania, skręcił w drzwi naprzeciwko. Prowadziły one do mieszkania przybranej babci chłopca. Od drzwi poczuł zapach ziół, które babcia zawsze suszyła. Podbiegł do niej i zaprezentował swoje znalezisko, skrzętnie opowiadając całą historię. Babcia po cierpliwym wysłuchaniu malca udzieliła mu reprymendy. Powiedziała, że to nie ładnie brać czyjeś rzeczy bez zgody właściciela. Zmieszany chłopiec obiecał, że kiedy mama kupi mu taką magiczną kuleczkę, tę od razu odniesie na swoje miejsce.

Odtąd kuleczka zawsze mu towarzyszyła. Była z Jaśkiem w radosnych chwilach. Pomagała przetrwać smutne. Wystarczyło w nią popatrzeć, a świat stawał się inny. Pewnego dnia, będąc na odpuście, zobaczył na straganie w koszyczku różne szklane kuleczki. Poprosił mamę, aby kupiła mu jedną. Wybrał sobie podobną do tej, którą posiadał. Gdy wrócił do domu, powiedział, że na chwilę idzie do babci. Skłamał, ale tylko po to, aby móc dopełnić przyrzeczenia. Odniósł na strych kuleczkę, która była jego pierwszym amuletem. Włożył ją do skrzyni, jak obiecał babci. Oczywiście często ją odwiedzał, ale nigdy nie brał już jej ze sobą.

Czas płynął dalej. Jaś zaczął zbierać szklane kulki. Każda z nich była jego talizmanem, czymś cennym, czymś wyjątkowym, bez czego nie potrafił sobie wyobrazić życia. Nadszedł wreszcie dzień, kiedy wraz z rodziną wyprowadził się do nowego mieszkania. Pewnego dnia razem z mamą postanowił odwiedzić babcię, która tak naprawdę go wychowała. Gdy byli na miejscu, chłopiec niepostrzeżenie wymknął się z mieszkania i od razu pobiegł na strych. Gdy wszedł zauważył, że coś się zmieniło. Nie było wielkiego, zupełnie nikomu niepotrzebnego kamienia. Nie było starej drabiny, a jej miejsce zajęła nowa. Spostrzegł, że nie ma także skrzyni z jego najfajniejszą kuleczką. Kulką, do której miał największy sentyment. Poczuł, jakby stracił coś najcenniejszego. Zasmucony zszedł na dół. Wszedł do mieszkania i stanął w aneksie kuchennym. Niby patrzył na to, jak babcia przygotowuje herbatę, ale tak naprawdę był nieobecny. Czuł się strasznie. Nie zauważył nawet, że babcia do niego zagaduje. Stał sam, starając się powstrzymać od płaczu. W pewnym momencie na swojej głowie poczuł ciepłą rękę babci. Spojrzał na nią. Babcia uśmiechając się do Jasia wsunęła w jego dłoń coś co, jak mu się wydawało, dobrze znał. - To zbyt piękne, aby było prawdziwe – pomyślał. Spuścił głowę, otworzył dłoń i zobaczył... małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Dokładnie tą samą, jaka zamieszkiwała poddasze. - Jak to możliwe? - zawołał. Okazało się, że nowy dozorca budynku robił porządki i usuwał zbędne rzeczy ze strychu. Szukał właścicieli skrzyni, ale ci dawno się wyprowadzili, zostawiając zbędny bagaż. Gdy babcia dowiedziała się o tym, postanowiła wyjąć kulkę. Takim sposobem magiczna kuleczka trafiła z powrotem do chłopca. Moment, w którym otwiera dłoń i widzi kulkę, chłopiec pamięta do dziś. Zapamiętał także to mrowienie na plecach, dokładnie takie samo, jakie dziś czuje pisząc te sława i patrząc na małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę, która leży przed nim. Czego to chłopca nauczyło. Po pierwsze jeśli się coś pożycza, wypada to oddać. Jeśli coś się obiecuje, wypada dotrzymać słowa. Po drugie, że są osoby, które myślą o innych i lubią sprawiać im radość. Taką osobą była babcia. Pogodnym, serdecznym i kochającym człowiekiem. Choć babci już dawno nie ma, żyje nadal w moim sercu.

PS. Życzę Wszystkim, abyście na swojej drodze w nowym roku spotykali tylko takie pozytywne, miłe i serdeczne osoby.

Źródło zdjęcia do grafiki: internet.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...