Czas szybko leci. Całkiem niedawno świętowaliśmy pierwsze urodziny naszej córeczki. Ponieważ emocje już opadły, postanowiłem spokojnie zastanowić się nad tym, jak ostatnie dwanaście miesięcy wpłynęły na mnie. Czy coś zmieniły w moim zachowaniu. A jeśli tak, to co? Wybrałem parę spostrzeżeń, które jako żywo wysuwają się na pierwszy plan.
Na stare lata wyostrzył mi się słuch. Odkąd Mysza jest z nami, jestem wyczulony na każdy, nawet najmniejszy, wydawany przez nią dźwięk. Zwłaszcza w nocy. Doszło do tego, że przebudzam się, kiedy słyszę płaczące za ścianą, równie małe dziecko sąsiadów.
Razem ze słuchem polepszył mi się wzrok (to już zakrawa na cud). Nie ujdzie mojej uwadze zainteresowanie Myszy najmniejszymi paprochami, które potrafi rewelacyjnie wyszukiwać.
Nauczyłem się przewidywać każdy następny ruch córki. Oczywiście jest to trudne i nie zawsze wychodzi. Jednak dzięki temu zaoszczędziliśmy wiele niepotrzebnych siniaków.
Bez żalu zamieniłem życie towarzyskie na rodzinne. Może dlatego, że o takim, odkąd pamiętam, zawsze marzyłem.
Przestałem odkładać cokolwiek na później. Wszystkie niezbędne czynności staram się wykonywać od razu, ponieważ za chwilę mógłbym się ugiąć pod ciężarem ich kumulacji.
Zwolniłem. Przestało mi się gdziekolwiek śpieszyć. Najlepszym przykładem są nasze samochodowe podróże. Kiedy jedziemy, czuję pod pedałem gazu wyimaginowany klocek, który nie pozwala mi przyśpieszyć.
Przestałem ufać wszystkim kierowcom. Nawet, kiedy jestem na drodze z pierwszeństwem, na zielonym, dojeżdżając do skrzyżowania zwalniam i dokładnie obserwuję ich zachowania.
Każdą wolną chwilę staram się poświęcać córce. Nie dlatego, że muszę. Sprawiało i sprawia mi to dalej olbrzymią radość.
Stałem się bardziej cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem. To było dla mnie bardzo trudne i przyznam się, że dalej szlifuję te postawy.
Polubiłem spacery. Nie wiedziałem, że wielu ojców też to lubi. Kiedyś ich po prostu nie zauważałem.
Wyzbyłem się wstydu, który towarzyszył mi przy okazywaniu uczuć. Dziś czyniąc to kompletnie nie zwracam uwagi na cokolwiek czy kogokolwiek.
Nauczyłem się słuchać rad. Dzięki temu nie muszę tracić czasu na odkrywanie tajemnic, które już dawno tajemnicami być przestały.
Chętnie korzystam z pomocy innych. Zrozumiałem, że nie sposób jest przecież ogarnąć wszystko samemu.
Moje potrzeby odsunąłem na dalszy plan. Albo inaczej, potrzeby mojego dziecka stały się moimi potrzebami.
V-day już jutro. Pewnie część z Was już pakuje prezenty,
część pewnie główkuje, co można by kupić.
Inni nie mogą się doczekać tego, co dostaną.
Walentynki, święto zakochanych. Wszyscy teraz tylko o nim mówią. Przyznam się, że ja dalej nie rozumiem, dlaczego jest to święto? Co więcej, nie rozumiem, dlaczego jest tak popularne, również w naszym kraju. Sądzę, że nie byłoby miejsca na taki dzień w kalendarzu, gdyby wszyscy zachowywali się tak, jak 14 lutego, przez kolejne 364 dni. Przecież miłość nie polega na tym, aby okazywać ją w danym dniu. Chyba, że na pokaz. Ale to uczucie w ogóle nie jest na pokaz. Więc po co?
Odpowiem Wam. Bo iluś ludzi nie miałoby okazji walnąć nas ostro po kieszeni a sztaby marketingowców nie mogłyby się odpowiednio wykazać, przekonując nas wręcz podprogowo, abyśmy dobrowolnie oddali część swoich pensji. To są jedyne powody, dla których to i jemu podobne święta istnieją. Przyznam się, że z miłością, romantyzmem czy chwilami uniesienia nijak mi się one kojarzą.
Dlatego my takiego święta obchodzić nie zamierzamy. Nie kupię w sobotę żadnych kwiatów, które zresztą kosztować będą dwa, a może i trzy razy drożej. Nie kupię żadnej bombonierki, bo za tydzień, bądź dwa kosztować będzie trzy razy mniej. Poza tym kupię ją wtedy, kiedy my będziemy mieli ochotę na ukryte w niej czekoladki. Nie pójdę do knajpy nabitej ludźmi, żeby wyjść z niej chudszym tylko w porfelu.
Przyznajcie się, pomyśleliście teraz... to materialista jeden :). Więc powiem Wam co zrobię. W ten dzień będę sobą. Bo to o to właśnie idzie. Aby okazywać swoje uczucie na co dzień. Aby odczuwalne ono było dla naszych bliskich w naszym codziennym zachowaniu. Nie potrzebny mi jakiś zakichany dzień, żeby powiedzieć żonie, że ją kocham lub żeby wziąć córkę na ręce i ją wycmokać. Powiem Wam więcej, 15 i 16 lutego też taki będę i nikt mnie nie zmusi, żebym w tej "zabawie" brał udział. Sam również nic nie chcę. Wszystkiego nie mam, ale mam to, co dla mnie jest najważniejsze – kochającą rodzinę. Córkę i żonę, która nie czeka całego roku, żeby powiedzieć mi coś miłego do ucha.
Chciałbym, abyście ten tekst dobrze zrozumieli. Pozwólcie więc na parę wskazówek. Dla tych, którzy mają na to ochotę, niech będzie przyczynkiem do przemyśleń. Nie odważę się na krytykę kogokolwiek, kto będzie hucznie obchodził Walentynki. Niechaj to czyni. Jednak niech pamięta, że dla okazywania uczuć każdy dzień i miejsce jest dobre. Że rok to nie jeden dzień. Że nie warto ulegać modom, nie zawsze najlepszym, zassanym z jakiegokolwiek kierunku świata. Wreszcie, aby być kochanym, trzeba być dobrym człowiekiem i kochać cały rok. Tylko tyle i aż tyle.
Jak dobrze wiecie, często lubię wracać do swoich młodzieńczych lat.
Posiadanie maleńkiego dziecka jeszcze bardziej moje wspomnienia przywołuje.
Przy okazji te wspominki sprawiają mi olbrzymią frajdę.
Nie dalej, jak wczoraj patrząc na moją córeczkę bawiącą się beztrosko małymi bucikami, zacząłem się zastanawiać, czy chciałbym znowu być dzieckiem. Czy chciałbym cofnąć czas i wrócić do tamtych lat. Odpowiedź, jak się pewnie domyślacie, mogła być tylko jedna. No dobrze, ale dlaczego? Co wtedy było takiego fajnego, czego nie ma dzisiaj? Czym różnią się dzisiejsze czasy od tych odległych? Dumając nad tymi, z pozoru prostymi pytaniami, powstała lista 20 przyczyn. Przyczyn, dla których chciałbym ponownie być małym brzdącem. Czas, aby Wam ją zaprezentować. Chciałbym ponownie być dzieckiem...
bo najsmaczniejszym posiłkiem były zielone jabłka zrywane prosto z drzewa w sadzie dziadka
bo żeby spotkać kolegę wystarczyło wyjść na dwór
bo w szkole imponowało się wynikami w nauce lub w sporcie
bo można było kichnąć z pełną buzią zupy i to bez konsekwencji
bo widok chłopaka grającego w gumę z dziewczynami nie oznaczał, że chce zostać dziewczynką
bo kłótnia kończyła się stwierdzeniem: „dobra, już się nie gniewam”
bo kanar nie wlepiał mandatu za brak biletu w autobusie
bo największym kalibrem broni była proca schowana za paskiem
bo wyrazy uwielbienia w stosunku do koleżanek okazywało się bardziej subtelnie
bo chleb z cukrem smakował obłędnie
bo wystarczył jeden przyjaciel z klasy a nie tysiące na portalu społecznościowym
bo można było pisać niewinne listy miłosne
bo czasami mama pozwoliła obejrzeć Kojaka
bo kałuże miały w sobie tak silny magnez, że przyciągały
bo jeden zwykły klocek służył do zobrazowania wszystkiego
bo najlepszym lekarstwem na skaleczenie był buziak mamy
bo szczytem marzeń był elektronik z melodyjkami
bo do zostania Szurkowskim wystarczał tylko jeden kapsel
bo oranżadę jadło się z dłoni a nie piło z plastikowej butelki
bo można było wskoczyć po szkole do antykwariatu i poczytać Kajka i Kokosza
A Wy Drodzy Podglądacze? Dopiszecie coś? Zapraszam, śmiało :).
Przecież wszystko, co robimy z żoną, staramy się robić dobrze, cyklicznie,
z wielką starannością o szczegóły, nie pomijając niczego istotnego.
A jednak co pewien czas zdarzało się, że Adusia budziła się w nocy z płaczem. Co było tego przyczyną? Postanowiłem przyjrzeć się temu problemowi bliżej i wyciągnąć jakieś sensowne wnioski z mojej obserwacji, którymi za chwilę się z Wami podzielę. Zobaczcie, co u nas było częstymi przyczynami budzenia się w nocy naszej córki. Jeśli Wy macie swoje spostrzeżenia, dopisujcie je proszę w komentarzach. Na pewno każda rada będzie przydatną :).
Gdzie jest mój smoczek!
To była u nas zdecydowanie pierwsza przyczyna, przez którą nasze dziecko przebudzało się w nocy. Ile razy wstawaliśmy, szukaliśmy w ciemnościach tego małego, cholernego przedmiotu (posiadającego jedną charakterystyczną cechę, lubi się ukryć w miejscu, gdzie nie można go znaleźć), aby dostarczyć go do ust małego skowronka, to nasze. Bywało, że Adzie poszukiwanie smoczka na śpiocha szło znacznie szybciej niż nam i tym potrafiła rozłożyć nas na łopatki :). Gorzej było, kiedy ten zapodział się tak, że dziecko zdążyło się całkowicie wybudzić.
Zaczął „ząbek boleć bobra”
I trudno się dziwić tej sytuacji. Nie śpi nam się przecież komfortowo, kiedy jamę ustną drąży przenikliwy ból zęba. Naszej bidulce zęby zaczęły iść lawinowo. W nabrzmiałe dziąsła, w których widać już kolejarskie zęby (co stacja to tyci ząbek), bierze dosłownie wszystko. Co robić w takiej sytuacji. Tu jest znaczne szersze pole manewru, niż w poprzedniej przyczynie. Na szczęście na rynku znajduje się wiele medykamentów, od homeopatycznych po silne leki przeciwzapalne czy przeciwgorączkowe, które można podawać już od trzeciego miesiąca życia a które mogą zneutralizować na jakiś czas ząbkowe niedogodności. Jednak najprostszym sposobem jest podanie dziecku przed snem melisę. Na zęby bezpośrednio nie pomoże, ale na pewno uspokoi naszego robaczka.
Ząbek to nie wszystko
Najprościej jest, gdy gołym okiem widać, że dziecko choruje. My od samego początku zmagaliśmy się z atopowym zapaleniem skóry. Ten dyskomfort skutecznie uniemożliwiał Adzie spokojny sen. Robiliśmy, co w naszej mocy, aby ulżyć córce. Między innymi ostra dieta mamy oraz moc preparatów, które miały ograniczyć swędzenie i powstawanie nowych plam. Gorzej jest, kiedy choroba kryje się głęboko, pokazując tylko część objawów.
„Uch - jak gorąco! Uff - jak gorąco!”
Temperatura pomieszczenia ma bezpośredni wpływ na komfort snu naszego dziecka. Sztuką jest dobrać ją tak, aby nie było ani za gorąco, ani za zimno. Ja mam z tym problem, bo jestem istotą nad wyraz ciepłolubną. Kiedy się ubieram, bo przecie zimno, żona się rozbiera, bo za gorąco. Zawsze się zastanawiam, kto przegina. Jak dobrać temperaturę w pokoju dziecka? Jedni powiadają, że powinna wynosić 20 stopni, inni zaś, że 18. Należałoby pamiętać przy tej okazji o jeszcze jednej sprawie. Przed snem powinno się pokój przewietrzyć. Dodatkowo stosuję jeszcze nawilżacz powietrza.
„Pielucha zwykła tetrowa będzie (tutaj) bohaterką”
Mimo, że pielucha jednorazowa powinna wytrzymać 12 godzin, to jednak często ona staje się przyczyną zakłócania snu dziecka. Nie raz Mysza spompowała się w nocy tak mocno, że trzeba było szybko ją przewijać. Po takiej akcji dziecko spokojnie spało dalej.
Nocna przekąska
Głód również może spowodować wybudzenie naszej pociechy. Przy mniejszym dziecku sprawa jest oczywista. Przy większym jednak odradzałbym takie postępowanie. Dlaczego? A chce Wam się co noc wstawać, szykować butelki, dorabiać mleka itd.? Mnie nie. Więc o jedzeniu moja Żaba może zapomnieć. Nie będę jej do takiego rytuału przyzwyczajał a sądzę, że szybko wpadłaby w nawyk. W zamian proponuję dwie metody. Pierwsza polega na podaniu dziecku większej ilości mleka przed snem. Druga zaś... o tym za chwilę.
Małe dziecko też nie wielbłąd
Sami potrafimy przebudzić się z tego prozaicznego powodu w nocy. Nie inaczej jest z dzieckiem. Gdy jest upalna noc lub zbyt ciepło w pomieszczeniu, możemy być pewni, że maluch przypomni o sobie. Zresztą woda to fantastyczne rozwiązanie na głód malucha.
„Nic, ... chciałem się tylko upewnić, że jesteś”
Ta sytuacja jest u nas na porządku dziennym, a nocnym w szczególności. Mysza nie wyobraża sobie jakiejkolwiek egzystencji bez mamy. Mama musi być w każdej chwili na wyciągnięcie ręki. Dlatego też w nocy układa się tak, aby czuć mamę nogą lub ręką. Często się przebudza na szybką kontrolę. Gdyby okazało się, że mamy nie ma lub zamiast mamy jest ktoś inny (np. ja), jest wielki płacz i lament. Mam nadzieję, że z tego wyrośnie i to jak najszybciej.
„Dzień cudowny... Lecz czy głowa ma wytrzyma?”
Nasze małe dziecko codziennie poznaje otaczający je świat. Doświadcza nowych przeżyć. Znajduje się w nowych sytuacjach. Wszystko to może się odbić na późniejszym śnie. Właśnie wtedy nowe informacje próbuje poukładać sobie na półkach w maleńkiej głowie. Dlatego trzeba pamiętać, aby dziecko emocjonalnie „schłodzić”. Kąpiel, masaż czy zwykłe przytulenie i pogłaskanie powinno w tym pomóc.
Właśnie przeczytaliście główne powody przebudzania się mojego dziecka w nocy. Pewnie można by tu wymieniać wiele innych przyczyn takich zaburzeń. Mnie samemu przyszły właśnie do głowy choćby za długi sen w dzień, czy zwracanie uwagi na to, by dziecko spało w miejscu, gdzie zasnęło. A może jest zbyt głośno, bądź właśnie ściągnięte prześcieradło wchodzi mu pod łopatkę. Mam nadzieję, że ci, którzy mają problem z budzeniem się dziecka w nocy znaleźli tu odpowiedź.
Roczek minął nawet nie wiadomo kiedy. Czas zdać relację, czego moja mała Dusia nauczyła się i co potrafi. Jak zwykle przy takim zestawieniu proszę wszystkich czytających o to, aby nie porównywali osiągnięć Dusi ze swoimi dziećmi.
Dobrze przecież wiemy, że każde dziecko “leci” własnym tempem, więc jeśli okaże się zaraz, że Twoje dziecko czegoś jeszcze nie umie, nie przejmuj się. Za chwilę może rozwojowo eksplodować i przegoni rówieśników :). Moja Mysz pewnie też wszystkiego, co powinna nie pojęła, więc luzik.
Przede wszystkim gołym okiem widać, że z nieporadnego maluszka Mysza zmieniła się w małą panienkę. Tak naprawdę doszło to do mnie dopiero, kiedy zobaczyłem ją w kreacji urodzinowej. Ada zwraca na siebie uwagę głośnym krzykiem lub piskiem. Większość czasu Dusia spędza na stojaka. Już ładnie sama chodzi i o raczkowaniu raczej zapomniała. Jest bardzo ciekawa otaczającego ją świata. Dlatego trzeba na nią uważać, bo lubi wkładać śnupkę we wszystkie zakamarki domu. Między innymi wspina się na paluszkach, żeby podejrzeć, co znajduje się na stole. Nie trzeba dodawać, że z przyjemnością ściągnęłaby wszystko z blatu. Nie inaczej jest z naszymi ubraniami, kocami, itp.
Ada jest bardzo silna. Potrafi złapać i unieść ciężkie pudło z drewnianymi klockami. Na jej siłę zwróciła ostatnio swoją uwagę pielęgniarka, nie mogąc utrzymać małej rączki przy pobieraniu krwi. Mysza coraz więcej mówi. Na razie w swoim języku, ale to trajkotanie zaczyna być coraz bardziej przez nas zauważalne. Mówi nie tylko, gdy przebywa z nami, ale także, gdy bawi się sama. W ogóle stała się bardziej towarzyska i radosna. Jej ulubionym zajęciem stało się zaczepianie ojca. Od niedawna zaczęła się przytulać. Wygląda, jakby próbowała stracony czas nadrobić, bo przytula się do wszystkich i wszystkiego: rodzice, babcie, ciocie, wujkowie, zwierzaki, maskotki, poduszki czy rowerek, nie ma to dla niej większego znaczenia. Jest maminą przylepą. Kiedy ta ginie jej z oczy, natychmiast Ada rusza na poszukiwania. Nie chce zostawać pod opieką babci a i czasami z tatą jest problem. Ze snem nic się nie zmieniło. Swojego łóżeczka nie cierpi a przy zasypianiu niezbędnym elementem jest mama. Bez niej nie ma co nawet próbować kłaść małej. Ponieważ śpi na łóżku, musimy bardzo uważać, aby po przebudzeniu z niego nie spadła. Gdy otwiera oczka pierwszym odruchem jest szukanie mamy. Z reguły przesypia całą noc od dziewiątej wieczorem do ósmej rano. Zdarza się czasami, że Mysza wierci się w nocy. Najczęściej spowodowane jest to mokrą pieluchą. W dzień kładzie się na 1,5 godziny. Czasami zdarza się, że położy się drugi raz, lecz tym razem sen nie trwa dłużej niż około 40 minut.
Ada umie pokazywać, co chce, wskazując paluszkami i wydając przy tym gromkie: “Yyyyy”. Jeśli tego nie dostanie potrafi wyrazić swoje niezadowolenie. Potrafi też sama zająć się zabawą. Umie także bawić się z innymi dziećmi, nie będąc przy tym zbyt zaborczą. Do tej pory jej zabawa klockami polegała na rozbieraniu budowli. Od jakiegoś czasu, na razie z mizernym skutkiem, próbuję klocki składać. Potrafi wziąć w jedną rączkę parę przedmiotów. Tak naprawdę jej ulubioną zabawą jest wyjmowanie z pudełek, wkładanie i przenoszenie wszystkich zabawek. Choć trzeba przyznać, że z równym upodobaniem zrzuca wszystko na ziemię i czeka, aż ktoś zrzucone rzeczy jej poda.
Wydaje się, że Mysza dużo rozumie. Wykonuje proste polecenia, np. poda przedmiot lub wskaże, gdzie on jest. Rozumie, kiedy mówię, że czegoś nie wolno. Czasami pokornie się do polecenia stosuje, czasami jednak z wielkim uśmiechem na twarzy broi dalej. Potrafi pokazać, gdzie osoba, bądź lalka ma oko, buzię, nos czy ucho. Umie robić kosi-kosi. W robieniu pa-pa jest nadal oporna.
Z wielkim impetem ruszyły się ząbki. Na razie widocznych w różnym stopniu wychodzenia jest osiem. Z tego powodu Ada bierze wszystko, co popadnie do buzi, ale za to nie ślini się. Jeśli chodzi o jedzenie, to po przebudzeniu Mysza ma serwowane 160ml mleczka (bo więcej nie wypije). Przed południem raczona jest owocami. Czasami zagęszczamy je kaszką owsianą, razową lub orkiszową. Dostaje także wędlinkę i kawałek chlebka (staramy się, aby takie rzeczy jadła sama, robiąc przy tym wokół siebie niezły bajzel). Obiad to z reguły zupka z mięskiem. Ze słoiczka lub ugotowana uprzednio przez mamę. Siedemnasta – osiemnasta to pora na kaszkę najczęściej ryżową. Na podwieczorek dostaje też jajko lub kisiel. Dzień kończymy solidną dawką mleczka. Do tego menu trzeba dodać podżeranie ziemniaczków, kiedy rodzice jedzą obiad. Wiemy dobrze, że kiedy my zaczynamy jeść, Mysza będzie chciała coś wyszarpnąć dla siebie, dlatego staramy się jeść wspólnie z Adą, sadzając ją w foteliku. W ciągu dnia Ada dostaje też paluszki, jabłko, chrupki czy marchewkę do ręki. Pije soki, herbatkę, mamusiny kompocik lub wodę.
Pisząc ostatniego posta (jeśli nie czytałeś, masz okazję naprawić ten błąd i kliknąć > tutaj <) umieściłem na jego końcu utwór. Zacząłem się wtedy zastanawiać nad pomysłem stworzenia listy utworów, na których się wychowałem i które ukształtowały mój muzyczny gust.
Dobra, wiem, jaki jest, taki jest, ale jest. No i się zaczęło. Inne pomysły na teksty zostały zarzucone. Od tej chwili tylko jedno mi w głowie było. Toć muzyka cały czas jest obecna w moim życiu. Ale zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób mam to zrobić, aby było ciekawie. Nie jestem ani Markiem Niedźwieckim, ani Tomkiem Beksińskim (cholera audycji tego gościa naprawdę mi brakuje), więc na opowieści o utworach czy artystach się nie rzucę. Więc jak? Szukałem i chyba znalazłem. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale mnie muzyka zawsze z kimś lub czymś się kojarzy. Postanowiłem więc, co następuje. Każdy utwór postaram się zaopatrzyć w jakąś notkę, która wywołuje u mnie bezpośrednie skojarzenie. Jak się miało za chwilę okazać, ten problem był tylko czubkiem góry lodowej. Zacząłem się mianowicie zastanawiać, ile utworów mam zaproponować? Nie mogąc znaleźć sensowniejszego wyboru stanęło na dziesiątce. Pomysł wielce karkołomny, bo po czterdziestu latach trochę się tego nazbierało. Z drugiej strony chodzi mi o to, aby przy czytaniu tego posta nie doszło do zejścia śmiertelnego. Zanim zaczniemy mała uwaga. Mógłbym, ale nie będę się kusił na oryginalność, wykopując spod ziemi kawałki, których na pewno nie znacie. Napiszę tylko o tych, do których mam największy sentyment. Koniec wprowadzenia. Proszę się zaopatrzyć w ciepłą herbatę. Jeśli jej nie macie, to jest to najlepszy moment, aby ją zrobić. A jeśli wszyscy gotowi, zapraszam Was na moją muzyczną wędrówkę w przeszłość (uwaga: kolejność nieprzypadkowa).
10. Love Me Do – The Beatles
Pierwszy kawałek i pierwszy dowód na brak oryginalności. I co z tego? Parę razy jeszcze tak będzie. Właśnie od tego kawałka zaczęła się moja przygoda z muzyką. Pamiętam, miałem pięć, może sześć lat, gdy ktoś zabrał mnie do knajpy - dyskoteki, w której stała wielka szafa grająca, na płyty analogowe rzecz jasna (żeby nie było, tą osobą był właściciel knajpy a ja tam byłem do południa, więc na długo przed otwarciem). Stanąłem przed nią, zauroczony jej wspaniałym wyglądem. Po chwili okazało się, że to pudło na dodatek wydaje ładne dźwięki. To było coś dla takiego malca, jak ja. Pierwszym utworem, który ów osoba zapuściła, było właśnie Love me do. Tak mi się to spodobało, że puszczałem go wtedy na okrągło, nie wybierając żadnego innego kawałka. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że kiedyś po latach ogarnie mnie fascynacja samym zespołem. Przyszła ona w szkole średniej. Ile to człowiek nie przeczytał, nie wysłuchał, nie obejrzał a i referaty też się przytrafiały. Wracając do utworu, dziś kiedy go słyszę moje serce wydaje się bić troszkę szybciej. Na koniec ciekawostka, wiecie, że w tym kawałku słowo love pojawia się ponad 20 razy? Głupie, ale fajne :).
9. These Are The Days Of Our Lives – Queen
Z Queen-ami jakoś nigdy nie było mi po drodze. Ballady, a i owszem. Ale gdy grali coś ostrzej, po paru taktach wyłączałem sprzęt. I tak ten stan rzeczy utrzymywał się aż do śmierci Freddiego. Wtedy postanowiłem posłuchać sobie całej dyskografii. Nie, żebym od razu jakimś fanem chciał zostać, ale tak dla siebie. Żebym coś przy rozmowie umiał powiedzieć. No i okazało się, że fajnych kawałków mają bez liku. I znów wyszło, że śmierć jest najlepszą promocją. A Night At The Opera czy A Kind Of Magic czy wreszcie Innuendo okazały się dla mnie całkiem fajnymi płytkami. No dobra, ale dlaczego wybór padł na These Are The Days? Bo właśnie ten kawałek towarzyszył mi na pierwszych prywatkach. Człowiek przez lata tyrał w sporcie a tu nagle miłe towarzystwo, dobra muzyka, brak rodziców, kapka alkoholu i płeć piękna. No i te śpiewy, które do dziś wywołują na mojej twarzy wielki uśmiech. Ach to były czasy. A, no i bym zapomniał, sklerotyk jeden! Na jednej z nich towarzyszyła mi po raz pierwszy fajna dziewczyna, która dziś jest moją żoną :). Na marginesie, teledysk do These Are The Days był ostatnim, w którym wystąpił Mercury.
8. All Over The World – Electric Light Orchestra
Dawno, dawno temu powstał film. Film sam w sobie może i infantylny. Zwał się Xanadu. Taka bajeczka na raz, ale polecam Waszym dzieciom. Za to z jaką obsadą. Gene Kelly i przede wszystkim Olivia Newton-John. A ponieważ ja Olivkę bardzo, bardzo, więc i ten film zobaczyć musiałem. Zresztą film warto zobaczyć nie tylko ze względu na aktorów, ale i dla muzyki. Jednym z jej autorów był Jeff Lynne z Electric Light Orchestra. Udało się mu przemycić parę naprawdę świetnych kawałków, zarówno do posłuchania, jak i do tańca (jeśli ktoś z Was lubi popląsać). Zresztą odniosły one niebywały sukces na świecie. Z filmem stało się zupełnie inaczej.
7. Into The Night – Julee Cruise
Tytuł może mało znany, a wykonawczyni pewnie jeszcze mniej. Więc zacznę z innej strony. Kto oglądał Miasteczko Twin Peaks? Mam nadzieję, że wszyscy. To był jedyny serial, przy emisji którego nie opuściłem żadnego odcinka. Co więcej, miał w sobie coś takiego, co powodowało, że żegnałem przyjaciół bez większego żalu i w te pędy udawałem się do domu. Przez pięćdziesiąt minut nie było mnie dla nikogo. Jedną z rzeczy, która wpłynęła na specyficzny klimat filmu, była fenomenalna muzyka Angelo Badalamentiego. Pamiętam, że pierwszy raz wypatrzyłem kasetę z soundtrackiem będąc na szkolnej wycieczce. Znalazłem ją dokładnie na dworcu PKP we Wrocławiu. Musiała być moja. Od razu załadowałem ją do walkmena. Noc, pusty dworzec i muzyka z max volume, to był klimacik. Dziś z racji lat, które upłynęły i wieku już stosownego, wydaje się to trochę śmieszne, ale wtedy... Od tamtej pory muzyka z Miasteczka towarzyszy mi, już w wydaniu płytowym. Często po nią sięgam, kiedy na chwilę chcę zamknąć się w innym – tylko moim świecie. Chciałbym, aby Into The Night było dla Was pretekstem do posłuchania całej ścieżki dźwiękowej. Jest naprawdę świetna.
6. The Lion’s Mouth – Kaja
Too Much Trouble – Limahl
Aby dać sobie trochę forów, pozycją szóstą postanowiłem obdzielić dwa kawałki, do których mam taki sam sentyment. Kto na początku lat osiemdziesiątych nie słyszał o Kajagoogoo? Nie sądzę, że była taka osoba. Fajni chłopcy, którzy wyróżniali się z tłumu swymi fryzurami. Przy okazji mieli parę fajnych kawałków. I w tym momencie powinienem wspomnieć o Too Shy. A ponieważ powinienem, więc tego nie zrobię. Zrobię jednak mały skok czasowy i zacznę od momentu rozpadu kapeli. Limahl, o którym za chwilę, poszedł swoją drogą, Kaja (czy Kajas) swoją. Chłopaki zmienili troszkę muzykę i fryzury. Złośliwcy twierdzili, że nie miał kto im stawiać pióropuszów, bo zabrakło fryzjera (podobno Limahl naprawdę był fryzjerem). Ale teraz o utworze. Pamiętam, że w tamtym czasie nie było programów ani kanałów muzycznych. To znaczy pewnie były, ale nie w tym kraju. Zostawało tylko przegrywanie kaset o marnej jakości. Aż tu nagle ktoś wpadł na pomysł nadawania w tvp2 o godzinie 19.00 jednego teledysku polskiego i jednego zagranicznego. Problem polegał na tym, że zajęcia w szkole podstawowej kończyłem przed 19. Cóż, trzeba było łapać w locie kurtkę i teczkę i biegiem pokonywać sporą odległość do domu. Z reguły udawało mi się zdążyć. I dzięki temu mogłem oddawać się nie tylko słuchaniu, ale i oglądaniu. To teraz Wy posłuchajcie i looknijcie :) (co prawda wersja koncertowa, ale co tam).
Z tych samych powodów utkwił mi w pamięci Too Much Trouble Limahla, czy raczej Christophera Hamilla. Jak fama głosiła przemianował się na Limahla, ponieważ nie chciał się mylić z Markiem Hamillem (któż zacz chyba doskonale wiecie). Choć bardziej wygląda to na anagram. Mniejsza o to. Tym utworem i bardziej u nas znanym Never Ending Story wspiął się na szczyty popularności. No to posłuchajcie.
Jesteście w połowie mojej opowieści. Mam nadzieję, że żyjecie i macie się dobrze. Jeśli tak, to łyk herbaty i jedziemy dalej.
5. It's a Sin – Pet Shop Boys
Chłopaki z Pet Shop Boys wylansowali masę przebojów. Jednak najbardziej ten utkwił mi w pamięci. Jeśli spodziewacie się fajnej historii, zawiodę Was. Pamiętam, kiedy zasłuchiwałem się w tym kawałku było lato, wakacje, słoneczna pogoda. Ja nastoletni chłopak i moi kumple. Stoimy przed blokiem, rozmawiamy, jest fajnie. Dobiega do nas znajomy z informacją, że właśnie umarł ojciec naszego wspólnego kolegi. Nagle, bez choroby. Ogarnął nas wielki żal, smutek i przygnębienie. Wtedy to było moje pierwsze dzień dobry ze śmiercią. Nie ma sensu brnąć dalej w ten temat. Tak czy inaczej, kiedy słucham tego utworu, chcąc nie chcąc w myślach powracam do tamtych smutnych chwil.
4. A Forest – The Cure
Tą grupę odkryłem, kiedy miałem dosyć czegoś, co opiszę za chwilę. Poza tym moje nastawienie do życia było skrajnie pesymistyczne. I wtedy trafiło mi się The Cure, idealnie wpasowując się w mój nastrój. I tekstowo i przede wszystkim muzycznie. Na marginesie dodam, że od tej chwili będę miał ogromny problem w wyborze tego jednego, najbardziejszego kawałka. Tak właśnie jest teraz. Dlaczego akurat A Forest? Nastrój, tekst, muzyka i przede wszystkim obłędna gitara basowa. Jeśli ktoś nie zna tego kawałka, proponuję go odpalić i zamknąć oczy. And again, and again, and again robi naprawdę wrażenie.
3. Never Let Me Down Again – Depeche Mode
Przed chwilą mówiłem o trudnym wyborze. No to teraz będzie jeszcze zabawniej. Kawałkami tego zespołu mógłbym zapełnić nie tylko tą listę, ale rozciągnąć ją do niebotycznych rozmiarów. Dla mnie Depeche Mode zaczęło się od Some Great Reward, czyli w 1984 roku. Od tego momentu byłem ich fanem. Skończyło się niestety na Music For The Masses (czy na 101, choć to akurat nic nie zmienia). Tego, co działo się później już nie ogarniałem. Choć przeczuwałem, że kiedyś wrócą do podobnych brzmień, jak zresztą się stało. Nie ogarniałem ich muzycznie. I strasznie zaczął przeszkadzać mi ruch tzw. depeszowski. W pewnym momencie było ich tyle, że bałem się podnieś deskę w ubikacji. Oczywiście nikogo nie krytykuję, nie było mi po prostu z takim afiszowaniem po drodze. Wtedy to właśnie przerzuciłem moją muzyczną sympatię na The Cure. Wracamy do Never Let. Dlaczego ten? Przypomina mi on przyjaźń z fajnym gościem (nomen omen współzałożycielem jednego z najwcześniejszych fan clubów zespołu w Polsce – akurat to mi nie przeszkadzało). Sporo czasu spędzaliśmy razem i pewnym momencie traktowałem go jak brata. Mieliśmy podobne zainteresowania, podobne kłopoty, poza tym zawsze mogłem na niego liczyć. To fajne uczucie mieć kumpla, który ma chwilę czasu i poświęca ją tobie. Któremu czasami można się wypłakać i który da ci kopa w tyłek, kiedy na niego zasługujesz. Dzięki Endrju!
2. Save A Player
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Będąc chłopcem przez przypadek zobaczyłem na dwójce koncert zespołu promujący Arenę. Zakochałem się w tej płycie, grupie i tak mi zostało do dzisiaj. Zwieńczeniem tej miłości była możliwość zobaczenia ich parę lat temu na żywo. Obawiałem się, że zobaczę starych pryków, którzy nieudolnie odśpiewują swoje kawałki. Było zupełnie inaczej. Byli w świetnej formie fizycznej i muzycznej. Jeśli czytaliście poprzedni mój post, wiecie jak Save A Player leciał. Jeśli jeszcze go nie znacie, teraz macie niepowtarzalną szansę wsłuchać się w niego :).
1. How deep is your love – Bee Gees
Wcale nie zdziwiła mnie pozycja numer jeden. Dziwi mnie za to fakt, że o tym zespole nie mówi się tak wiele i tak często, jak o The Beatles a przecież to ten sam kaliber. Dla mnie Bee Gees to fabryka przebojów, bez których nie wyobrażam sobie udanej tanecznej prywatki. Choć Travoltą nie jestem i już nie będę, przy ich muzyce czuję, jak nogi same podrygują. Jak w poprzednich pozycjach, tak samo tutaj trudno było się zdecydować, co wybrać. Postawiłem na How Deep może dlatego, że miałem okazję usłyszeć go po raz pierwszy pod koniec lat siedemdziesiątych, dla mnie pierwszego przeboju grupy. Od razu wpadł mi w ucho, niestety nie miałem wtedy żadnego muzycznego sprzętu, więc pozostawało mi tylko nucenie lub odwiedzanie cioci, która miała go nagranego. To były fantastyczne, młodzieńcze i beztroskie lata. Ciekawostką jest to, że przed jego wykonaniem na koncertach, Barry zawsze dedykował go przedwcześnie zmarłemu bratu chłopaków. Niech ów kawałek będzie przyczynkiem do poznania przez Was tego zjawiska, które zwie się Bee Gees. Polecam.
I to już koniec mojej podróży. Gratuluję i podziwiam wytrwałych. Mam nadzieję, że coś wpadło Wam w ucho a może komuś odświeżyłem pamięć. Kończąc zachęcam Was do pochwalenia się utworami z Waszej młodości. Z miłą chęcią poznam Was od tej innej, muzycznej strony. A i dla Was będzie to okazja do wspomnień, które powrócą jako żywo w takt melodii sprzed lat. Cześć!
Witajcie Drodzy Podglądacze mojego bloga. Postanowiłem, że ten tydzień będzie obfitował w rocznicowe wpisy. W poprzednim poście (jeśli jeszcze go nie czytaliście, koniecznie kliknijcie > tu < albo > tu <) słów parę padło o mojej maleńkiej, ukochanej Księżniczce, która stała się prawie pełnoletnia. Fakt, jeszcze do osiągnięcia przez Myszę pełnoletności zostało nam 17 lat, ale przecież czas tak szybko leci ;)).
Dziś wspomnę o następnej rocznicy, która w ferworze walki gdzieś się niechcąco zapodziała. Może nie zapodziała, ale czasu do popełnienia takowego tekstu nie było. Mowa o rocznicy blogowania. Tak Moi Drodzy czynię to już rok i przyznam, że sam siebie podziwiam. Zakładając „Dziecinne problemy taty” nie sądziłem, że tak długo wytrzymam. Myślałem, że po paru postach sprawa będzie skończona. A tu masz, jestem do dzisiaj i mam się nieźle. Pisząc nieźle mam na myśli, że zaczęło mi się to podobać. Podoba mi się to, że mogę dzielić się moim szczęściem, skrzętnie je opisując. I na dodatek są osoby, które to czytają. Miłe. Uwaga, uwaga, teraz będę się wkręcał, taram. Właśnie w tym miejscu (i to czynię naprawdę poważnie) postanowiłem podziękować wszystkim zaglądaczom, podglądaczom, obserwatorom, znajomym i przyjaciołom za to, że wchodzą, że czytają, a nielicznym za to, że nawet zostawiają po sobie bardzo miły ślad w postaci komentarza. Wielka buźka :))).
Prócz tego fajnie jest też obserwować innych. Poznałem w tym czasie wiele blogów i ich właścicieli. Poznaję ich troski, kłopoty, często pokrywające się z moimi. Korzystam z ich porad. Cieszę się także ich szczęściem. Tak normalnie, po ludzku, bez zobowiązań, z głębi serca, bo taki jestem. I wiecie, kiedy przez jakiś czas nie loguję się, bo chroniczny brak czasu przecież, zaczyna mi tego zaglądania brakować. Tak mi się na stare lata porobiło.
Jak pewnie zauważyliście, nie podaję żadnych rocznicowych statystyk. Nie podaję, bo są pewnie osoby, które mogą się pochwalić takimi po tygodniu działalności. Nie podaję też, bo to nie jest dla mnie aż takie ważne. W założeniu ten blog miał być przyjaznym blogiem dla przyjaznych ludzi oraz pamiątką dla Ady. Nie zaś marketingową torpedą nastawioną tylko i wyłączne na zysk, na stronach której nie znajdziecie ni krzty emocji. Gwoli wyjaśnienia, nie mam nikogo na myśli, nie krytykuję żadnego bloga a tym bardziej żadnego blogera. Tak sobie mój blog wymyśliłem i będę się tego trzymał (przynajmniej na razie). Bo tak, bo to mnie bawi i tak mi się podoba. I już. To nie znaczy, że kiedyś nie pojawi się tu jakiś wpis promocyjny dotyczący czegoś ciekawego, ale nie było, nie jest i nie będzie to priorytetem.
I na koniec jeszcze o krytykowaniu słowo. Do tej pory byłem krytyczny wobec innych a w szczególności wobec siebie. Wymagałem od siebie bardzo dużo, od innych znacznie mniej, ale i tak był z tym problem. Blog oduczył mnie takiej postawy. Teraz radość sprawia mi, gdy mogę kogoś pochwalić. Pochwalić za to, co zrobił lub jak się zachował. Nie mówię rzecz jasna o pustym wkręcaniu się w tyłek, czego nie czynię i czynić nie będę. Zauważyłem, że fajnie jest obdarować innych dobrym słowem, które może być motywacją do dalszego działania. Fajne uczucie. Pewnie je znacie :).
I już naprawdę na sam koniec... mam nadzieję, że przez ten rok przyzwyczailiście się do mojego poczucia humoru. Wiecie, że zarówno w tekstach, jak i w komentarzach czasami pozwalam sobie na mały żarcik. Dla tych, którzy jeszcze nie połapali dopowiem, że czynię to z czystej sympatii i tak należy to interpretować. Zatem kończąc, mając nadzieję, że przed nami następny wspólny rok, zapraszam do wysłuchania utworu, który jest ze mną od 33 lat. Będąc pacholęciem zakochałem się w nim, od tamtej pory towarzyszy mi, doskonale poprawiając nastrój i teraz Wam go dedykuję, enjoy! :)