Pierwsze urodziny Adusi



Za nami pierwsza poważna impreza Myszy. W ten weekend bardzo uroczyście świętowaliśmy roczek naszej córeczki. Moim zdaniem wszystko wyszło perfekcyjnie, czyli tak, jak wcześniej zakładałem :).

W piątkowy wieczór (w sumie to była już noc) razem z żoną wieszaliśmy uprzednio przygotowane elementy dekoracji. Kompozycja z balonów, chorągiewek i serpentyn spodobała się wszystkim. Dusiaczek też był zaskoczony, kiedy rano się obudził i został wprowadzony na salę balową. Postanowiliśmy z żoną, że złożymy życzenia Myszy w godzinie, w której przyszła na świat. Uważnie śledziłem zegarek, aby nie „zaspać”. Ten moment był dla mnie emocjonalnie zdecydowanie najważniejszym tego dnia. Przed oczami przebiegło mi wszystko to, co się przez ten rok wydarzyło. Niesamowita chwila.

A później? Później już tylko nerwowe spinanie wszystkiego, aby zdążyć na czas. Tuż przed przybyciem gości Adunia została ubrana w kreację urodzinową. Zobaczcie sami, jak wyglądała moja kochana księżniczka.

Fot. Adunia – najważniejsza osoba na przyjęciu.

Goście odliczyli się w pełnym składzie. Niestety musieliśmy ograniczyć się do osób, bez których ta uroczystość odbyć się nie mogła. Wszystko przez takie a nie inne warunki lokalowe. Mysza była pod wrażeniem tylu ludzi, ale muszę przyznać, że zachowywała się grzecznie i godnie. Przyjęła od wszystkich życzenia oraz przepiękne prezenty, przy odpakowaniu których pomagali jej najmłodsi goście. Przyszedł wreszcie czas na wróżbę. Ze wszystkich rzeczy, które znalazły się na dywanie (a były to książka, różaniec, długopis, klucze, śrubokręt, nici, kalkulator, kredki) pierwszy wybór Ady padł na kluczyki do samochodu. Przyznam się, że był dylemat, czy położyć klucze od mieszkania czy od auta. Samochodowe wygrały w demokratycznym głosowaniu. Zaproponowałem właścicielowi kluczyków, aby dziecku ich nie zabierał a raczej dołożył dokumenty od samochodu. Niestety nie wiedzieć czemu nie przystał na moją propozycję :). Wracając do wróżby, wychodzi na to, że Mysza będzie dzierżyć władzę w swoich rękach. Poza tym będzie osobą rozważną, ostrożną i opiekuńczą. Są to zaiste przymioty, co się zowią. Drugim wyborem Aduni, na pociechę ojca, były kredki. Przyznam się, że chciałbym, aby córka spełniała się plastycznie. Czas pokaże, czy otrzymała talent i chęci do takiej pracy.

Fot. Pierwszy krok w artystyczny świat.

Na koniec Mysz drapnęła kalkulator. Jeśli nie będzie malować, będzie przynajmniej dobrze rachować :). Niektórzy kładą także kieliszek, ale mimo, że podchodzę do tej zabawy kompletnie lajtowo, kusić losu jednak nie zamierzałem. Po wróżbie nastąpił kulminacyjny moment przyjęcia i na stół wjechał tort urodzinowy. Wiedziałem, że żona się spisze, ale nie sądziłem, że wyjdzie jej cudo. Tak właśnie się stało. Był przepiękny a smakował jeszcze lepiej. Zresztą zobaczcie:

Fot. Tort urodzinowy Adusi w całej okazałości.

Celebrowanie urodzin Myszy trwało do wieczora. Wszyscy bawili się wybornie. Mam nadzieję, że następne urodziny będą co najmniej takie udane, jak te.

Przesłanie z Dniem Babci w tle



Zbliżał się, zbliżał i wreszcie nadszedł. Dzień babci. Pewnie przez wiele babć mile oczekiwany. Dzień, w którym zbiega się przemiła ferajna łobuziaków z życzeniami. Zbiega się do osoby, która jest tak ważna jak rodzice a czasami nawet ważniejsza.

Wszak to babcia ma anielską cierpliwość, zawsze czas i ciepłe słowo, ciekawe opowieści i moc łakoci, którymi często wnuczków obdarowuje, wbrew ojcowskim zakazom. Takie odwiedziny nas też czekają. Pierwszy raz udamy się do naszych mam z małą Myszą. Jedna co prawda posiada już grono wnuczusiów, druga natomiast w tej roli stawia pierwsze kroki. Pewien jestem, że i jednej i drugiej babci uśmiech na twarzy zawita. Laurki jednak w tym roku nie będzie. Zbyt małą jeszcze dziewczynką Mysz jest, aby próbować coś z nią przygotować. Zanim cokolwiek by powstało, szybciej kredka zostałaby zjedzona a kartka podarta. A i mnie zastąpienie Ady nie w smak. Sądzę, że nie ma nic bardziej wartościowszego, niźli przygotowanie czegoś własnoręcznie. Tak miałem wpajane do głowy i takie też dziś mam na sprawę zapatrywanie. Za to za rok, oj to już będzie inna bajka. Nie wyobrażam sobie, żeby Dusia czegoś nie przygotowała. Z moją czy żony małą pomocą rzecz jasna, ale tak naprawdę sama, własnoręcznie. I tak zamierzam czynić. Wprowadzać córkę w różnego rodzaju pracę manualne. Pokazywać, prezentować, pomagać, ale nie wykonywać za nią. Pewnie wiele umiejętności będę musiał sobie oczyścić z nadmiaru kurzu, innych się po prostu nauczyć, ale czego nie robi się dla własnego dziecka.

Przyznam się, że od niedawna obserwuję rodziców, którzy wykonują prace plastyczne za swoje dzieci. Tak, nie z dziećmi a za nie! Słyszę, że takie czasy, że ciągle mało czasu, że dziecko nie umie, że do szkoły potrzebne i trzeba walczyć o jak najlepsze noty. To są argumenty, co się zowią, nieprawdaż? Niestety nie dla mnie. Uważam, że tak właśnie kształtują się pokolenia manualnych nieudaczników. Tylko komputer, tablet czy smartfon. Ale gdy trzeba użyć kredki, oj tu się robi problem nie lada. Mimo, że ów problem tak naprawdę jeszcze mnie nie dotyczy, zauważam go. Jestem jego świadom i dlatego zrobię, co w mojej mocy, aby moje dziecko miało okazję tworzyć cudne rzeczy, wykorzystując do tego własną głowę i własne ręce, używając najprostszych narzędzia. Już potrafię wyobrazić sobie, jaką frajdę i poczucie własnej wartości będzie miała Ada, kiedy uda jej się wykonać choćby przysłowiową laurkę. A to, że ojciec nie położy się na drzemkę czy jej dzieło w szkole nie zostanie tak dobrze ocenione, jak wytwór innego rodzica, nie będzie miało dla mnie żadnego znaczenia. Dlatego namawiam wszystkich rodziców do wspólnej pracy z dzieckiem. Pokażcie mu świat plastyki i nie żałujcie swojego czasu. Nie potrzeba go przecież aż tak wiele. Zapewniam, że to dobra zabawa i niezapomniane chwile radości dla waszych milusińskich.

Final countdown rozpoczęte



Dziś ciut o przygotowaniach do rocznicowego balu i o paru fajnych ciuszkach. Można by rzec, że final countdown rozpoczęte. Za niecały tydzień obchodzimy roczek naszej Myszy. Im bliżej terminu, tym więcej pracy i pewnie stresu. Staram się podchodzić do tego na luzaku. Przecież musi się udać. To będzie mój kolejny pierwszy raz. A w tym rok było ich całkiem sporo. Wiedząc, że roboty będzie mnóstwo i żona pewnie będzie okupować kuchnię, postanowiłem obwołać się samozwańczym kierownikiem sali. Sami przyznacie, że bycie kierownikiem pokoju brzmi mało poważnie. Żona się z tego tytułu nabija ze mnie, ale co mi tam. Zamierzam wystrzałowo udekorować pokój. Już zebrałem materiały. Trzeba jeszcze powycinać co nieco. Przewiduję baloniki, serpentyny, flagi i napisy. Wszystko ma być przede wszystkim kolorowe i zabawne. Do tego trzeba będzie wysprzątać mieszkanie i trochę je przemeblować, ponieważ na imprezce u Dusiaczka będzie też sporo małych dzieci. Trzeba więc pomyśleć o zagospodarowaniu przysłowiowego skrawka dywanu na miejsce do zabawy.

Wracając do dekorowania pokoju, doszło teraz do mnie, że to będzie mój drugi raz. Zapomniałem o tym, że przyozdobiłem mieszkanie na powrót moich dziewczyn ze szpitala. Wtedy co prawda fajerwerków nie było, bo i głowy tak naprawdę do tego nie miałem. To był zdecydowanie sponton. Pamiętam, że o drugiej w nocy sprawdzając, czy mam wszystko, co potrzebne, aby następnego dnia jechać po mamusię i córusię doszedłem do wniosku, że trzeba jakoś je przywitać. Nie mając dosłownie nic pod ręką zacząłem improwizować. Jak wyszło, tak wyszło, ale chyba zadziałało, bo żona łezkę uroniła.

Paczka niespodzianek

Nie dalej, jak dwa dni temu żona zakomunikowała mi, że mam odebrać jakąś paczkę w Empiku. Już w jej uśmiechu widziałem, co się święci. Otóż mamusia zamówiła córeczce sukienkę na roczkową imprezę. Hm, zaczyna się, pomyślałem. Teraz będą mi się stroić na potęgę. Do tej pory sądziłem, że mam rękę na pulsie, a tu masz ci bracie. Po dostarczeniu paczki odbyła się przymiarka.

Źródło zdjęcia: smyk.com


Sukienka może ciut za długa, ale tragedii nie ma. Lepiej w tę stronę, niż miałaby być za mała. Przynajmniej jeszcze raz założy (hm, mam taką nadzieję). Mysza wygląda w niej świetnie. Cały czas mam wrażenie, że to jakiś sen. Najpierw informacja o ciąży, później maleńki szkrab a teraz stoi przede mną mała panienka – moja ukochana panienka.

Dodatkowo Adusia dostała dwie ładne czapeczki, które z pewnością się przydadzą. Kosztowały nas sześć i osiem złotych. Za tą cenę naprawdę żal było ich nie wziąć.

Źródło zdjęcia: smyk.com

W pudełku była też ładna bluzeczka w paski i to, co mi najbardziej przypadło do gustu. Mowa o sweterku z kapturem. Jest zapinany na guziki i posiada ciepłą podszewkę. W nim Dusiaczek na pewno nie zmarznie.

Źródło zdjęcia: smyk.com
Źródło zdjęcia jedynkowego: Sonja Langford

Zróbmy sobie Kubusia


Dziś słów parę o nakryciu małego złodziejaszka na gorącym uczynku i o wyzwaniu rzuconym przez żonę. Wielkimi krokami zbliżamy się do hucznego świętowania roczku mojej córeczki. Trudno mi dalej uwierzyć, że jest z nami i to już prawie rok. Jak ten czas szybko leci. Rok mija a ja jeszcze dokładnie pamiętam wszystko z dnia, w którym przyszła na świat. Pamiętam, jak gnałem do szpitala mimo tego, że żona mówiła, abym się nie śpieszył. Pamiętam... ach na wspomnienia niedługo przyjdzie czas, więc odłożę tą, dla mnie niewątpliwą przyjemność, na kiedy indziej.

Adunia ładnie się rozwija i rośnie w oczach. Codziennie trenuje chodzenie i widać, że wychodzi jej to coraz lepiej. Wczoraj przeszła 21 kroków i to z zatrzymaniem się i obracaniem. Widać więc, że roczek będzie podeptany. Na dole wychodzi już drugi ząbek i zdaje mi się, że ruszyły się ząbki na górze. Dziś żona zaglądała Małej do buźki i sądzi, że to nie jedynki a chyba dwójki zaczynają się wykluwać. Prócz tego Mysza jest coraz bardziej ciekawska i spostrzegawcza. Nic nie ujdzie jej uwadze. Wszędzie musi zajrzeć, wszystkiego dotknąć a najlepiej jak się da, spróbować. No i zaczyna być nieusłuchana. Mam wrażenie, że łobuzowanie sprawia jej dużą frajdę. Ostatnio żona robiła porządki w szafce ze słodyczami. Ada oczywiście musiała jej towarzyszyć. Dotykała wszystkich opakowań, przekładała je z miejsca na miejsce, pokazując wszystko mamie i wydając przy tym dźwięki zachwytu w stylu: - Ooooo! W pewnym momencie mama zauważyła, że córeczka uspokoiła się i znikła. Po krótkiej akcji poszukiwawczej odkryła, że nasze maleństwo buchnęło jednego cukierka toffi, oddaliło się w zaciszne miejsce, odwinęło część papierka i zaczęło ssać zawartość. Kiedy Mała zobaczyła mamę, wrzuciła na małą buźkę promienny uśmiech i zaprezentowała zdobycz, opisując ją jako: - Abufff. Kto ją nauczył podkradać i odwijać papierek, tego nie wiem. Ale wiem jedno, ubaw był przy tym niezły.

Nowy rok – nowe problemy

Wiedząc, że roczek Ady już niedługo, zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, co będzie z receptami na mleko, które Miśka pije. Podglądacze mojego bloga wiedzą, że mamy dość duży problem ze skórą córki. W badaniach alergologicznych nic nie wyszło. Ale na skórze cały czas pojawiają się suche wykwity. Jedne giną a na ich miejsce wychodzą drugie. Po skończeniu roczku pediatra nie będzie mógł już wystawiać recept, bo jakiś urzędnik (wiedzący lepiej, co na skórze mojej córki się pojawia) przy braku pozytywnego wyniku testu alergologicznego może te recepty zakwestionować. Prawdopodobnie z pomocą przyjdzie nam alergolog, który stwierdził, że te wykwity jednoznacznie są oznaką alergii i Ada musi pić do drugiego roku życia owe mleko. Będzie więc wystawiał recepty, ale jak to naprawdę będzie zobaczymy.
A propos chorej służby zdrowia w tym chorym kraju hicior z ostatniej chwili. Chcieliśmy zapisać dziecko do dermatologa. Do tej pory wystarczyło zadzwonić i się umówić. Od tego roku jednak został wprowadzony nakaz posiadania skierowania od swojego lekarza. Jak to pani z wielką szczerością argumentowała przez telefon: - Wszystko po to, aby zmniejszyły się kolejki do lekarza.  Ja proponuję bystrzakom, którzy to wymyślili, aby wprowadzić zakaz odwiedzania lekarza w województwie, w którym się mieszka. Wtedy wszystkie kolejki znikną. I jak tu ma być dobrze?

Narodziny Kubusia

Teraz troszkę z innej beczki. Ci, którzy odwiedzają mój profil fejsbukowy wiedzą, że od niedawna wojuję z Kubusiem... ale od początku. Żona przygotowując się do wykonania tortu dla Ady zaproponowała, abym wykonał do niego dekorację. Pomysł padł na Kubusia Puchatka, który miał powstać z masy cukrowej. Cóż było robić, musiałem się zgodzić mimo, że nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek Kubusia choćby narysował (a przepraszam, popełniłem go na ścianie w pokoju Myszy), o pracy w masie cukrowej nie wspominając. Trzeba więc było przejść do czynów. Dwa wieczorne posiedzenia, parę kolorów masy cukrowej, ciut wyobraźni i powstało to, co widzicie poniżej.


Ciekaw jestem, jak to będzie wyglądało na torcie. Teraz wszystko w rękach mojej żony, choć przyznam, że o to akurat jestem spokojny. Ma dziewczyna wielką smykałkę do takich rzeczy. Dla wszystkich, którzy chcieliby wykonać coś podobnego dla swoich pociech lub zwyczajnie się z nimi pobawić, podaję przepis na masę cukrową: ok. 70 dag cukru pudru, 70 ml zimnej wody, 50 g glukozy spożywczej, 4 płaskie łyżeczki żelatyny, 3 łyżeczki margaryny Palmy i olejek pomarańczowy. Przy wyrabianiu podsypywaliśmy na spód troszkę cukru pudru, aby masa nie przyklejała się do stolnicy. Trzeba jeszcze wspomnieć o kolorach, które uzyskałem dodając do części masy barwniki spożywcze. Wykonane elementy były sklejane lukrem, czyli cukrem pudrem z odrobiną wody. Miłej zabawy :).

Nowy rozdział czas zacząć


Chwile podniosłej, świątecznej atmosfery już za nami. Wszystko, co miłe szybko się skończyło. Stanowczo za szybko, ale cóż począć.Za mną szalony rok. Rok spełnionych marzeń. Rok, w którym na świecie pojawiła się moja córeczka. Jeśli ktoś półtora roku temu powiedziałby, że przyjdzie mi poznać smak posiadania i opiekowania się małą istotką, uznałbym to za wielce niestosowny żart. A dziś? Dziś nie potrafię sobie wyobrazić życia bez Aduni. To świetne uczucie. Uczucie, które pozwala mi z radością budzić się codziennie. Uczucie, które powoduje, że jeszcze szybciej biegnę po pracy do domu.
Adunia pierwszy raz sama wybrała się na spacer, stawiając przy tym aż dziesięć kroków, z czego rodzicę promienieją z dumy :).
Pamiętam, jak kiedyś, mając świadomość, że na polu posiadania dzieci mam pozamiatane, wyobrażałem sobie, jak cudowną chwilą musi być moment powrotu do domu, w którym do przedpokoju wbiega mały pędrak krzycząc: tata! Miśka, co prawda jeszcze nie mówi, ale zawsze, kiedy wracam, wita mnie w progu. Kocham ten moment. Zresztą nie tylko ten. Jest ich wiele. Jednym z najfajniejszych jest także ten, w którym biorę Miśkę na ręce a ona wkręca się w moją szyję, szukając najbardziej wygodnej pozycji dla swojej maleńkiej główki. No i oczywiście jej uśmiech, którym nas codziennie obdarowuje.

Niezapomniane święta

Te święta były dla naszej rodziny wyjątkowe. Po raz pierwszy nasza córeczka zasiadła z nami do wigilijnego stołu. Zanim jednak to się stało, były życzenia. To magiczna chwila. Chwila, w której przemknęło przez moją głowę wiele myśli. Zdałem sobie sprawę z tego, jakie do tej pory były nasze święta. Sztampowe, smutne, nijakie.

Adusia ze swoją nową, rozśpiewaną koleżanką.

W tym roku było zupełnie inaczej. Chwilę, w której biorę Duszka na ręce, pierwszy raz życzę jej wszystkiego, co najlepsze, ściskam i łamię się opłatkiem, zapamiętam na zawsze. Z tym łamaniem było najprościej. Ponieważ Ada pochłania wszystko, wystarczyło tylko podsunąć jej opłatek :). Z tego wszystkiego nie zauważyłem nawet, jak żona, ściskając Adę, roni łezkę. To był moment prawdziwych wzruszeń.

Troszkę przykrości

Prócz tych wspaniałych chwil okres świąteczno-noworoczny obfitował także w mniej sympatyczne momenty. Tuż przed świętami ja złapałem przeziębienie. W święta Miśka miała wysoką temperaturę. Początkowo sądziliśmy, że to efekt ząbkowania. Ucieszyliśmy się, kiedy wysoka temperatura ustąpiła. Jednak następnego dnia pojawiła się chrypa i Ada przestała mówić. Strasznie było na jej męczarnie patrzeć. Na patrzeniu oczywiście się nie skończyło. Mieliśmy trochę bieganiny po lekarzach. Na szczęście wszystko ustąpiło i obeszło się nawet bez kaszlu i kataru, czego obawiałem się najbardziej. A żeby tego było mało, po nas zachorowała żona i ją rozłożyło najbardziej.

Przed nami nowy rok
Nowe wyzwania, nowe przyjemności, nowe obserwacje i obowiązki. Ada codziennie czymś nas zaskakuje, więc nudzić się nie będziemy. Nie dalej jak wczoraj pobiła swój rekord. Sama przeszła około dwóch metrów, stawiając przy tym dziesięć kroków. Super było te zmaganie obserwować. W ogóle wczoraj naszło ją na chodzenie. Próbowała robić to przy każdej nadarzającej się okazji. Coś czuję, że dopiero teraz trzeba będzie ją pilnować. Ale wczorajszy dzień zapamiętam nie tylko z powodu jej spacerów. Uwaga, uwaga!  Właśnie wczoraj Ada pierwszy raz powiedziała słowo: tata, powtarzając je parokrotnie w ciągu dnia. Ucieszyłem się z tego, jak dziecko i wiem dobrze, że dużo w tym zasługi żony.
Pierwsze wspólne święta i przywitanie nowego roku za nami. Czas na pierwsze urodziny Miśki, które już niebawem. Powoli zaczynamy się do nich przygotowywać, ale o tym opowiem kiedy indziej. Wszystkiego, co najlepsze dla Was wszystkich w nowym roku.

Źródło zdjęcia do grafiki: internet.

Opowieść noworoczna


Dawno, dawno temu. Może nie tak dawno, jak w znanych bajkach, ale na tyle dawno, że można by już zapomnieć. Więc dawno temu żył sobie mały chłopiec. Mieszkał w dwupiętrowej kamienicy, w jednoizbowym mieszkaniu. Nie potrzebował więcej miejsca, bo o możliwości posiadania własnego pokoju miał się przekonać dopiero za parę lat. Jaś, bo tak mu było na imię, nie różnił się niczym od swoich rówieśników. No może tylko tym, że był naprawdę spokojnym dzieckiem. Nie miał w sumie innego wyjścia, ponieważ każde jego niestosowne zachowanie było od razu pacyfikowane przez mamę. Większość czasu spędzał w domu, gdzie najczęściej rysował. Oj to lubił ponad wszystko. Kiedy dostawał kredkę bądź ołówek, potrafił dosłownie „znikać” na parę godzin. Można go było rzecz jasna zobaczyć na małym podwórku za domem, gdzie bawił się z dwoma koleżankami w podobnym wieku. Lubił też pomagać mamie. A to zamiatał a to składał pranie. Była jednak jedna rzecz, której nie robił. Otóż nie chodził z mamą na poddasze do suszarni wieszać pranie. Nie dlatego, żeby nie miał ochoty. Jasiek po prostu się bał. Niejednokrotnie wychodząc z mieszkania przechodził koło schodów prowadzących do suszarni. Były to stare, drewniane i trzeszczące schody, które stromo pięły się do góry i kończyły drzwiami z desek, skrzętnie skrywanymi w półmroku. Jednym słowem klimat z horrorów.

Wszystko było w porządku, kiedy mijał je z kimś starszym. Gdy jednak przechodził koło schodów sam, w tym miejscu zdecydowanie przyspieszał. Taka sytuacja trwała dość długo. Jednak pewnego razu, któregoś zimowego wieczoru, wszystko się zmieniło. Wieczorną porą jego mama powiedział, że idzie wieszać pranie i jeśli Jasiek chce, może iść z nią. W głowie chłopca pojawiły się dwa lęki, pierwszy przed zostaniem samemu w mieszkaniu i drugi przed pójściem na strych. Tym razem wizja zostania samemu stała się bardziej straszną, dlatego Jaś postanowił wybrać się na górę. Kiedy mama wspinała się po słabo oświetlonych schodach, chłopiec podążając za nią krok w krok, kurczowo trzymał się jej spódniczki. Gdy dotarli na górę mama zaświeciła żarówkę, przymknęła drzwi i od razu, nie zwracając uwagi na malca, zaczęła wieszać pranie na drewnianych drągach. Chłopiec nieśmiało zaczął przechadzać się po suszarni. - Tak strasznie tu nie jest – pomyślał. Pomieszczenie było dość spore i słabo oświetlone. Znajdowała się w nim cała masa drewnianych drągów, podwieszonych do sufitu sznurkami. Na samym środku znajdowała się drabina, która prowadziła na dach budynku. I to właśnie ona od razu zaciekawiła Jaśka. Kiedy ostrożnie wspiął się na parę szczebelków, usłyszał głos mamy. - I gdzie tam wchodzisz? Spadniesz i zrobisz sobie krzywdę. Zejdź natychmiast i pomóż mi wieszać pranie! Cóż miał zrobić. Zszedł pokornie, mruknął coś pod nosem na tyle cicho, żeby mama nie słyszała i zaczął podawać pranie. Trwało to dłuższą chwilkę, która tak naprawdę posłużyła mu do bardziej wnikliwego przyjrzenia się pomieszczeniu. Gdy ciekawskim wzrokiem podążał po suszarni spostrzegł ogromny kamień. - Po co tu komu taki głaz? - pomyślał. W pewnym momencie, w najciemniejszym rogu poddasza coś spostrzegł. Wytężał swój wzrok, ale było zbyt ciemno, aby rozpoznać, cóż to takiego. Spytał mamy czy może troszkę odpocząć i kiedy dostał dyspensę od razu skierował się w stronę zagadki. Im był bliżej, tym bardziej obiekt przybierał znajome kształty. Gdy był na miejscu okazało się, że przed nim stoi duża, stara, drewniana tajemnicza skrzynia. Kiedy próbował się zabierać do uchylenia zakurzonego wieka, usłyszał coś, czego w tym momencie bardzo usłyszeć nie chciał. - Janku wracamy do domu. Chłopiec spuścił głowę i udał się w kierunku mamy. Postanowił sobie wtedy, że kiedyś tu wróci i odkryje skarby, które zapewne w skrzyni się znajdowały.

Zima minęła, potem wiosna aż nastało lato. Pewnego słonecznego dnia, kiedy Jaś wychodził na podwórko, jak zwykle przechodził koło strychowych schodów. I nagle przypomniał sobie o swojej obietnicy. Rozejrzał się wokoło, czy nikt go nie obserwuje. Nie było nikogo. Zmienił kierunek i delikatnie, żeby zniwelować trzaski schodów, udał się na górę. Otworzył drzwi. Mimo, że było południe, półmrok był wszechobecny. Przez małe okienko wpadało na tyle mało światła, aby oświetlić całe pomieszczenie. Na tyle jednak dużo, aby móc zobaczyć wszechobecny, unoszący się w powietrzu kurz. Nie tracąc ani chwili udał się w miejsce, gdzie stała skrzynia. Gdy był na miejscu wziął głęboki oddech i podniósł wieko. Jego marzenie o wielkim skarbie w jednej chwili prysło. W przepastnych czeluściach skrzyni znalazł między innymi drewnianego, kolorowego koguta, stare, zardzewiałe koło od roweru, lalkę, szczęśliwą posiadaczkę już tylko części włosów. W pewnym momencie zauważył, że coś błysnęło w rogu skrzyni. Z ciekawością wsunął tam małą rękę. Poczuł coś dziwnego. Złapał i wyciągnął. Popatrzył i zobaczył małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Podbiegł do okna i patrząc pod słońce zajrzał do jej środka. Kiedy tak podziwiał mieniące się w niej kolory, uzmysłowił sobie, że jednak warto było zajrzeć do środka skrzyni. Postanowił potraktować kuleczkę jako swój łup i wziąć ją ze sobą. Szybko posprzątał po sobie i zbiegł po schodach na dól, lecz zamiast wejść do swojego mieszkania, skręcił w drzwi naprzeciwko. Prowadziły one do mieszkania przybranej babci chłopca. Od drzwi poczuł zapach ziół, które babcia zawsze suszyła. Podbiegł do niej i zaprezentował swoje znalezisko, skrzętnie opowiadając całą historię. Babcia po cierpliwym wysłuchaniu malca udzieliła mu reprymendy. Powiedziała, że to nie ładnie brać czyjeś rzeczy bez zgody właściciela. Zmieszany chłopiec obiecał, że kiedy mama kupi mu taką magiczną kuleczkę, tę od razu odniesie na swoje miejsce.

Odtąd kuleczka zawsze mu towarzyszyła. Była z Jaśkiem w radosnych chwilach. Pomagała przetrwać smutne. Wystarczyło w nią popatrzeć, a świat stawał się inny. Pewnego dnia, będąc na odpuście, zobaczył na straganie w koszyczku różne szklane kuleczki. Poprosił mamę, aby kupiła mu jedną. Wybrał sobie podobną do tej, którą posiadał. Gdy wrócił do domu, powiedział, że na chwilę idzie do babci. Skłamał, ale tylko po to, aby móc dopełnić przyrzeczenia. Odniósł na strych kuleczkę, która była jego pierwszym amuletem. Włożył ją do skrzyni, jak obiecał babci. Oczywiście często ją odwiedzał, ale nigdy nie brał już jej ze sobą.

Czas płynął dalej. Jaś zaczął zbierać szklane kulki. Każda z nich była jego talizmanem, czymś cennym, czymś wyjątkowym, bez czego nie potrafił sobie wyobrazić życia. Nadszedł wreszcie dzień, kiedy wraz z rodziną wyprowadził się do nowego mieszkania. Pewnego dnia razem z mamą postanowił odwiedzić babcię, która tak naprawdę go wychowała. Gdy byli na miejscu, chłopiec niepostrzeżenie wymknął się z mieszkania i od razu pobiegł na strych. Gdy wszedł zauważył, że coś się zmieniło. Nie było wielkiego, zupełnie nikomu niepotrzebnego kamienia. Nie było starej drabiny, a jej miejsce zajęła nowa. Spostrzegł, że nie ma także skrzyni z jego najfajniejszą kuleczką. Kulką, do której miał największy sentyment. Poczuł, jakby stracił coś najcenniejszego. Zasmucony zszedł na dół. Wszedł do mieszkania i stanął w aneksie kuchennym. Niby patrzył na to, jak babcia przygotowuje herbatę, ale tak naprawdę był nieobecny. Czuł się strasznie. Nie zauważył nawet, że babcia do niego zagaduje. Stał sam, starając się powstrzymać od płaczu. W pewnym momencie na swojej głowie poczuł ciepłą rękę babci. Spojrzał na nią. Babcia uśmiechając się do Jasia wsunęła w jego dłoń coś co, jak mu się wydawało, dobrze znał. - To zbyt piękne, aby było prawdziwe – pomyślał. Spuścił głowę, otworzył dłoń i zobaczył... małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Dokładnie tą samą, jaka zamieszkiwała poddasze. - Jak to możliwe? - zawołał. Okazało się, że nowy dozorca budynku robił porządki i usuwał zbędne rzeczy ze strychu. Szukał właścicieli skrzyni, ale ci dawno się wyprowadzili, zostawiając zbędny bagaż. Gdy babcia dowiedziała się o tym, postanowiła wyjąć kulkę. Takim sposobem magiczna kuleczka trafiła z powrotem do chłopca. Moment, w którym otwiera dłoń i widzi kulkę, chłopiec pamięta do dziś. Zapamiętał także to mrowienie na plecach, dokładnie takie samo, jakie dziś czuje pisząc te sława i patrząc na małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę, która leży przed nim. Czego to chłopca nauczyło. Po pierwsze jeśli się coś pożycza, wypada to oddać. Jeśli coś się obiecuje, wypada dotrzymać słowa. Po drugie, że są osoby, które myślą o innych i lubią sprawiać im radość. Taką osobą była babcia. Pogodnym, serdecznym i kochającym człowiekiem. Choć babci już dawno nie ma, żyje nadal w moim sercu.

PS. Życzę Wszystkim, abyście na swojej drodze w nowym roku spotykali tylko takie pozytywne, miłe i serdeczne osoby.

Źródło zdjęcia do grafiki: internet.

Jak zrobić choinkę i nie tylko



Cześć wszystkim! Znów korzystając z chwili czasu wpadłem na momencik, żeby się pochwalić. A co :). Właśnie udało mi się skończyć kalendarze, które będą prezentami. Skończyć, to może nie za dobre słowo, bo trzeba go jeszcze zabindować. Ale to już bułka z masłem. A skoro skończony, jest więc okazja, żeby go zaprezentować. W sumie powstały dwie wersje, jedna dla nas, druga dla rodziców. Różnią się tak naprawdę tylko zdjęciami.


No, to mniej więcej tak będzie wyglądał. Skoro już tu jestem, pokażę Wam, co jeszcze świątecznego udało mi się wykonać. Mam na myśli dwa pomysły na fajną choinkę, którą każdy z Was może sobie wykonać. I znów uwaga, zdjęcia nie oddają tego, jak choinki naprawdę wyglądają. Musicie uwierzyć, że prezentują się znacznie lepiej. No dobra, dość tłumaczeń, oto one.


Pierwsza choinka została podpatrzona w jakimś kolorowym czasopiśmie. Bardzo mi się spodobała. A jeśli mi się coś podoba, muszę to mieć. Dlatego zakasałem rękawy i ... mam :). Króciutko opowiem, jak się do niej zabrać. Do jej wykonania potrzebujemy sklejkę o grubości około 6 mm. Wycinamy z niej koło na podstawkę i trójkąt. Malujemy je białym akrylem i zostawiamy do wyschnięcia. Potrzebujemy jeszcze drewniany pręcik, który z jednej strony frezujemy, aby przykleić go do trójkąta na zakładkę. Jego również malujemy akrylem. Kiedy wszystko wyschnie, w kółku wiercimy otwór o średnicy naszego pręcika i wszystko łączymy za pomocą wikolu. Po wyschnięciu zostaje nam tylko dekoracja. Oczywiście nie muszę wspominać, że każdy z Was może to zrobić wedle własnego uznania. Ja wykorzystałem do tego tasiemki, cekiny i kawałek papierowej chusteczki.

Jeśli zaś chodzi o drugą choinkę, wykonałem ją z kartonu, sznurka, koralików, tasiemki i papieru. Najpierw z kartonu wycinamy i sklejamy tubę. W środek tuby można wkleić kołeczki wykonane z cienkich patyczków, które wzmocnią konstrukcję. Na nie można przykleić okrągły kawałek papieru, aby zamaskować połączenia. Naszą tubę obklejamy sznurkiem, który przyklejamy wikolem. Na sznurek naklejamy ozdobną tasiemkę. Teraz czas na koraliki, które przyklejamy klejem z pistoletu. Tak samo robimy z gwiazdkami wyciętymi z papieru. Na szczycie tuby wklejamy gwiazdkę (ja tylko taką miałem pod ręką). Po wyschnięciu całą konstrukcję malujemy złotym lakierem. Kiedy wyschnie możemy się cieszyć naszą choinką. Na dzisiaj to koniec. Hi, hi poczułem się przez chwilę, jak Adam Słodowy :). Pa, pa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...