Opowieść noworoczna

10 comments

Dawno, dawno temu. Może nie tak dawno, jak w znanych bajkach, ale na tyle dawno, że można by już zapomnieć. Więc dawno temu żył sobie mały chłopiec. Mieszkał w dwupiętrowej kamienicy, w jednoizbowym mieszkaniu. Nie potrzebował więcej miejsca, bo o możliwości posiadania własnego pokoju miał się przekonać dopiero za parę lat. Jaś, bo tak mu było na imię, nie różnił się niczym od swoich rówieśników. No może tylko tym, że był naprawdę spokojnym dzieckiem. Nie miał w sumie innego wyjścia, ponieważ każde jego niestosowne zachowanie było od razu pacyfikowane przez mamę. Większość czasu spędzał w domu, gdzie najczęściej rysował. Oj to lubił ponad wszystko. Kiedy dostawał kredkę bądź ołówek, potrafił dosłownie „znikać” na parę godzin. Można go było rzecz jasna zobaczyć na małym podwórku za domem, gdzie bawił się z dwoma koleżankami w podobnym wieku. Lubił też pomagać mamie. A to zamiatał a to składał pranie. Była jednak jedna rzecz, której nie robił. Otóż nie chodził z mamą na poddasze do suszarni wieszać pranie. Nie dlatego, żeby nie miał ochoty. Jasiek po prostu się bał. Niejednokrotnie wychodząc z mieszkania przechodził koło schodów prowadzących do suszarni. Były to stare, drewniane i trzeszczące schody, które stromo pięły się do góry i kończyły drzwiami z desek, skrzętnie skrywanymi w półmroku. Jednym słowem klimat z horrorów.

Wszystko było w porządku, kiedy mijał je z kimś starszym. Gdy jednak przechodził koło schodów sam, w tym miejscu zdecydowanie przyspieszał. Taka sytuacja trwała dość długo. Jednak pewnego razu, któregoś zimowego wieczoru, wszystko się zmieniło. Wieczorną porą jego mama powiedział, że idzie wieszać pranie i jeśli Jasiek chce, może iść z nią. W głowie chłopca pojawiły się dwa lęki, pierwszy przed zostaniem samemu w mieszkaniu i drugi przed pójściem na strych. Tym razem wizja zostania samemu stała się bardziej straszną, dlatego Jaś postanowił wybrać się na górę. Kiedy mama wspinała się po słabo oświetlonych schodach, chłopiec podążając za nią krok w krok, kurczowo trzymał się jej spódniczki. Gdy dotarli na górę mama zaświeciła żarówkę, przymknęła drzwi i od razu, nie zwracając uwagi na malca, zaczęła wieszać pranie na drewnianych drągach. Chłopiec nieśmiało zaczął przechadzać się po suszarni. - Tak strasznie tu nie jest – pomyślał. Pomieszczenie było dość spore i słabo oświetlone. Znajdowała się w nim cała masa drewnianych drągów, podwieszonych do sufitu sznurkami. Na samym środku znajdowała się drabina, która prowadziła na dach budynku. I to właśnie ona od razu zaciekawiła Jaśka. Kiedy ostrożnie wspiął się na parę szczebelków, usłyszał głos mamy. - I gdzie tam wchodzisz? Spadniesz i zrobisz sobie krzywdę. Zejdź natychmiast i pomóż mi wieszać pranie! Cóż miał zrobić. Zszedł pokornie, mruknął coś pod nosem na tyle cicho, żeby mama nie słyszała i zaczął podawać pranie. Trwało to dłuższą chwilkę, która tak naprawdę posłużyła mu do bardziej wnikliwego przyjrzenia się pomieszczeniu. Gdy ciekawskim wzrokiem podążał po suszarni spostrzegł ogromny kamień. - Po co tu komu taki głaz? - pomyślał. W pewnym momencie, w najciemniejszym rogu poddasza coś spostrzegł. Wytężał swój wzrok, ale było zbyt ciemno, aby rozpoznać, cóż to takiego. Spytał mamy czy może troszkę odpocząć i kiedy dostał dyspensę od razu skierował się w stronę zagadki. Im był bliżej, tym bardziej obiekt przybierał znajome kształty. Gdy był na miejscu okazało się, że przed nim stoi duża, stara, drewniana tajemnicza skrzynia. Kiedy próbował się zabierać do uchylenia zakurzonego wieka, usłyszał coś, czego w tym momencie bardzo usłyszeć nie chciał. - Janku wracamy do domu. Chłopiec spuścił głowę i udał się w kierunku mamy. Postanowił sobie wtedy, że kiedyś tu wróci i odkryje skarby, które zapewne w skrzyni się znajdowały.

Zima minęła, potem wiosna aż nastało lato. Pewnego słonecznego dnia, kiedy Jaś wychodził na podwórko, jak zwykle przechodził koło strychowych schodów. I nagle przypomniał sobie o swojej obietnicy. Rozejrzał się wokoło, czy nikt go nie obserwuje. Nie było nikogo. Zmienił kierunek i delikatnie, żeby zniwelować trzaski schodów, udał się na górę. Otworzył drzwi. Mimo, że było południe, półmrok był wszechobecny. Przez małe okienko wpadało na tyle mało światła, aby oświetlić całe pomieszczenie. Na tyle jednak dużo, aby móc zobaczyć wszechobecny, unoszący się w powietrzu kurz. Nie tracąc ani chwili udał się w miejsce, gdzie stała skrzynia. Gdy był na miejscu wziął głęboki oddech i podniósł wieko. Jego marzenie o wielkim skarbie w jednej chwili prysło. W przepastnych czeluściach skrzyni znalazł między innymi drewnianego, kolorowego koguta, stare, zardzewiałe koło od roweru, lalkę, szczęśliwą posiadaczkę już tylko części włosów. W pewnym momencie zauważył, że coś błysnęło w rogu skrzyni. Z ciekawością wsunął tam małą rękę. Poczuł coś dziwnego. Złapał i wyciągnął. Popatrzył i zobaczył małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Podbiegł do okna i patrząc pod słońce zajrzał do jej środka. Kiedy tak podziwiał mieniące się w niej kolory, uzmysłowił sobie, że jednak warto było zajrzeć do środka skrzyni. Postanowił potraktować kuleczkę jako swój łup i wziąć ją ze sobą. Szybko posprzątał po sobie i zbiegł po schodach na dól, lecz zamiast wejść do swojego mieszkania, skręcił w drzwi naprzeciwko. Prowadziły one do mieszkania przybranej babci chłopca. Od drzwi poczuł zapach ziół, które babcia zawsze suszyła. Podbiegł do niej i zaprezentował swoje znalezisko, skrzętnie opowiadając całą historię. Babcia po cierpliwym wysłuchaniu malca udzieliła mu reprymendy. Powiedziała, że to nie ładnie brać czyjeś rzeczy bez zgody właściciela. Zmieszany chłopiec obiecał, że kiedy mama kupi mu taką magiczną kuleczkę, tę od razu odniesie na swoje miejsce.

Odtąd kuleczka zawsze mu towarzyszyła. Była z Jaśkiem w radosnych chwilach. Pomagała przetrwać smutne. Wystarczyło w nią popatrzeć, a świat stawał się inny. Pewnego dnia, będąc na odpuście, zobaczył na straganie w koszyczku różne szklane kuleczki. Poprosił mamę, aby kupiła mu jedną. Wybrał sobie podobną do tej, którą posiadał. Gdy wrócił do domu, powiedział, że na chwilę idzie do babci. Skłamał, ale tylko po to, aby móc dopełnić przyrzeczenia. Odniósł na strych kuleczkę, która była jego pierwszym amuletem. Włożył ją do skrzyni, jak obiecał babci. Oczywiście często ją odwiedzał, ale nigdy nie brał już jej ze sobą.

Czas płynął dalej. Jaś zaczął zbierać szklane kulki. Każda z nich była jego talizmanem, czymś cennym, czymś wyjątkowym, bez czego nie potrafił sobie wyobrazić życia. Nadszedł wreszcie dzień, kiedy wraz z rodziną wyprowadził się do nowego mieszkania. Pewnego dnia razem z mamą postanowił odwiedzić babcię, która tak naprawdę go wychowała. Gdy byli na miejscu, chłopiec niepostrzeżenie wymknął się z mieszkania i od razu pobiegł na strych. Gdy wszedł zauważył, że coś się zmieniło. Nie było wielkiego, zupełnie nikomu niepotrzebnego kamienia. Nie było starej drabiny, a jej miejsce zajęła nowa. Spostrzegł, że nie ma także skrzyni z jego najfajniejszą kuleczką. Kulką, do której miał największy sentyment. Poczuł, jakby stracił coś najcenniejszego. Zasmucony zszedł na dół. Wszedł do mieszkania i stanął w aneksie kuchennym. Niby patrzył na to, jak babcia przygotowuje herbatę, ale tak naprawdę był nieobecny. Czuł się strasznie. Nie zauważył nawet, że babcia do niego zagaduje. Stał sam, starając się powstrzymać od płaczu. W pewnym momencie na swojej głowie poczuł ciepłą rękę babci. Spojrzał na nią. Babcia uśmiechając się do Jasia wsunęła w jego dłoń coś co, jak mu się wydawało, dobrze znał. - To zbyt piękne, aby było prawdziwe – pomyślał. Spuścił głowę, otworzył dłoń i zobaczył... małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Dokładnie tą samą, jaka zamieszkiwała poddasze. - Jak to możliwe? - zawołał. Okazało się, że nowy dozorca budynku robił porządki i usuwał zbędne rzeczy ze strychu. Szukał właścicieli skrzyni, ale ci dawno się wyprowadzili, zostawiając zbędny bagaż. Gdy babcia dowiedziała się o tym, postanowiła wyjąć kulkę. Takim sposobem magiczna kuleczka trafiła z powrotem do chłopca. Moment, w którym otwiera dłoń i widzi kulkę, chłopiec pamięta do dziś. Zapamiętał także to mrowienie na plecach, dokładnie takie samo, jakie dziś czuje pisząc te sława i patrząc na małą zielono-niebieską szklaną kuleczkę, która leży przed nim. Czego to chłopca nauczyło. Po pierwsze jeśli się coś pożycza, wypada to oddać. Jeśli coś się obiecuje, wypada dotrzymać słowa. Po drugie, że są osoby, które myślą o innych i lubią sprawiać im radość. Taką osobą była babcia. Pogodnym, serdecznym i kochającym człowiekiem. Choć babci już dawno nie ma, żyje nadal w moim sercu.

PS. Życzę Wszystkim, abyście na swojej drodze w nowym roku spotykali tylko takie pozytywne, miłe i serdeczne osoby.

Źródło zdjęcia do grafiki: internet.

10 komentarzy:

  1. Cudowna opowieść! Masz niesamowity dar do pisania opowiadań - a może coś piszesz oprócz bloga? Życzę Ci, aby Twoja kuleczka nigdy Cię nie opuściła tak jak i najbliższe Twojemu sercu osoby, niech ich przybywa coraz więcej z każdym dniem. Niech otacza Cię całe morze serdeczności w tym roku i w kolejnym i w następnych. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miłe, dziękuję. Tobie niech serdeczności innych osób w tym roku także nie zabraknie :). Pytasz, czy prócz bloga coś piszę? Tylko notatki na karteczkach, kiedy żona wysyła mnie samego na zakupy :). Pozdrowienia

      Usuń
  2. Piękna historia. Czytałam ją z zapartym tchem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję wytrwałości, trochę przydługa wyszła :)

      Usuń
  3. Piekna opowiesc, bardzo sie wzruszylam:) Publikuj czesciej, plis!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Sabi, zobaczymy co da się zrobić :)

      Usuń
  4. Łezka popłynęła mi gdy przeanalizowałam wydźwięk tej historii :). Świetne, po prostu mega! Zapraszam do nas: http://laydymami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...