
Dawno, dawno temu. Może nie tak dawno, jak w znanych bajkach, ale na tyle
dawno, że można by już zapomnieć. Więc dawno temu żył sobie
mały chłopiec. Mieszkał w dwupiętrowej kamienicy, w jednoizbowym
mieszkaniu. Nie potrzebował więcej miejsca, bo o możliwości
posiadania własnego pokoju miał się przekonać dopiero za parę
lat. Jaś, bo tak mu było na imię, nie różnił się niczym od
swoich rówieśników. No może tylko tym, że był naprawdę
spokojnym dzieckiem. Nie miał w sumie innego wyjścia, ponieważ
każde jego niestosowne zachowanie było od razu pacyfikowane przez
mamę. Większość czasu spędzał w domu, gdzie najczęściej
rysował. Oj to lubił ponad wszystko. Kiedy dostawał kredkę bądź
ołówek, potrafił dosłownie „znikać” na parę godzin. Można
go było rzecz jasna zobaczyć na małym podwórku za domem, gdzie
bawił się z dwoma koleżankami w podobnym wieku. Lubił też
pomagać mamie. A to zamiatał a to składał pranie. Była jednak
jedna rzecz, której nie robił. Otóż nie chodził z mamą na
poddasze do suszarni wieszać pranie. Nie dlatego, żeby nie miał
ochoty. Jasiek po prostu się bał. Niejednokrotnie wychodząc z
mieszkania przechodził koło schodów prowadzących do suszarni.
Były to stare, drewniane i trzeszczące schody, które stromo pięły
się do góry i kończyły drzwiami z desek, skrzętnie skrywanymi w
półmroku. Jednym słowem klimat z horrorów.
Wszystko było w
porządku, kiedy mijał je z kimś starszym. Gdy jednak przechodził
koło schodów sam, w tym miejscu zdecydowanie przyspieszał. Taka
sytuacja trwała dość długo. Jednak pewnego razu, któregoś
zimowego wieczoru, wszystko się zmieniło. Wieczorną porą jego
mama powiedział, że idzie wieszać pranie i jeśli Jasiek chce,
może iść z nią. W głowie chłopca pojawiły się dwa lęki,
pierwszy przed zostaniem samemu w mieszkaniu i drugi przed pójściem
na strych. Tym razem wizja zostania samemu stała się bardziej
straszną, dlatego Jaś postanowił wybrać się na górę. Kiedy
mama wspinała się po słabo oświetlonych schodach, chłopiec
podążając za nią krok w krok, kurczowo trzymał się jej
spódniczki. Gdy dotarli na górę mama zaświeciła żarówkę,
przymknęła drzwi i od razu, nie zwracając uwagi na malca, zaczęła
wieszać pranie na drewnianych drągach. Chłopiec nieśmiało zaczął
przechadzać się po suszarni. - Tak strasznie tu nie jest –
pomyślał. Pomieszczenie było dość spore i słabo oświetlone.
Znajdowała się w nim cała masa drewnianych drągów, podwieszonych
do sufitu sznurkami. Na samym środku znajdowała się drabina, która
prowadziła na dach budynku. I to właśnie ona od razu zaciekawiła
Jaśka. Kiedy ostrożnie wspiął się na parę szczebelków,
usłyszał głos mamy. - I gdzie tam wchodzisz? Spadniesz i zrobisz
sobie krzywdę. Zejdź natychmiast i pomóż mi wieszać pranie! Cóż
miał zrobić. Zszedł pokornie, mruknął coś pod nosem na tyle
cicho, żeby mama nie słyszała i zaczął podawać pranie. Trwało
to dłuższą chwilkę, która tak naprawdę posłużyła mu do
bardziej wnikliwego przyjrzenia się pomieszczeniu. Gdy ciekawskim
wzrokiem podążał po suszarni spostrzegł ogromny kamień. - Po co
tu komu taki głaz? - pomyślał. W pewnym momencie, w
najciemniejszym rogu poddasza coś spostrzegł. Wytężał swój
wzrok, ale było zbyt ciemno, aby rozpoznać, cóż to takiego.
Spytał mamy czy może troszkę odpocząć i kiedy dostał dyspensę
od razu skierował się w stronę zagadki. Im był bliżej, tym
bardziej obiekt przybierał znajome kształty. Gdy był na miejscu
okazało się, że przed nim stoi duża, stara, drewniana tajemnicza
skrzynia. Kiedy próbował się zabierać do uchylenia zakurzonego
wieka, usłyszał coś, czego w tym momencie bardzo usłyszeć nie
chciał. - Janku wracamy do domu. Chłopiec spuścił głowę i udał
się w kierunku mamy. Postanowił sobie wtedy, że kiedyś tu wróci
i odkryje skarby, które zapewne w skrzyni się znajdowały.
Zima
minęła, potem wiosna aż nastało lato. Pewnego słonecznego dnia,
kiedy Jaś wychodził na podwórko, jak zwykle przechodził koło
strychowych schodów. I nagle przypomniał sobie o swojej obietnicy.
Rozejrzał się wokoło, czy nikt go nie obserwuje. Nie było nikogo.
Zmienił kierunek i delikatnie, żeby zniwelować trzaski schodów,
udał się na górę. Otworzył drzwi. Mimo, że było południe,
półmrok był wszechobecny. Przez małe okienko wpadało na tyle
mało światła, aby oświetlić całe pomieszczenie. Na tyle jednak
dużo, aby móc zobaczyć wszechobecny, unoszący się w powietrzu
kurz. Nie tracąc ani chwili udał się w miejsce, gdzie stała
skrzynia. Gdy był na miejscu wziął głęboki oddech i podniósł
wieko. Jego marzenie o wielkim skarbie w jednej chwili prysło. W
przepastnych czeluściach skrzyni znalazł między innymi
drewnianego, kolorowego koguta, stare, zardzewiałe koło od roweru,
lalkę, szczęśliwą posiadaczkę już tylko części włosów. W
pewnym momencie zauważył, że coś błysnęło w rogu skrzyni.
Z ciekawością wsunął tam małą rękę. Poczuł coś dziwnego.
Złapał i wyciągnął. Popatrzył i zobaczył małą
zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Podbiegł do okna i patrząc
pod słońce zajrzał do jej środka. Kiedy tak podziwiał mieniące
się w niej kolory, uzmysłowił sobie, że jednak warto było
zajrzeć do środka skrzyni. Postanowił potraktować kuleczkę jako
swój łup i wziąć ją ze sobą. Szybko posprzątał po sobie i
zbiegł po schodach na dól, lecz zamiast wejść do swojego
mieszkania, skręcił w drzwi naprzeciwko. Prowadziły one do
mieszkania przybranej babci chłopca. Od drzwi poczuł zapach ziół,
które babcia zawsze suszyła. Podbiegł do niej i zaprezentował
swoje znalezisko, skrzętnie opowiadając całą historię. Babcia po
cierpliwym wysłuchaniu malca udzieliła mu reprymendy. Powiedziała,
że to nie ładnie brać czyjeś rzeczy bez zgody właściciela.
Zmieszany chłopiec obiecał, że kiedy mama kupi mu taką magiczną
kuleczkę, tę od razu odniesie na swoje miejsce.
Odtąd
kuleczka zawsze mu towarzyszyła. Była z Jaśkiem w radosnych
chwilach. Pomagała przetrwać smutne. Wystarczyło w nią popatrzeć,
a świat stawał się inny. Pewnego dnia, będąc na odpuście,
zobaczył na straganie w koszyczku różne szklane kuleczki. Poprosił
mamę, aby kupiła mu jedną. Wybrał sobie podobną do tej, którą
posiadał. Gdy wrócił do domu, powiedział, że na chwilę idzie do
babci. Skłamał, ale tylko po to, aby móc dopełnić przyrzeczenia.
Odniósł na strych kuleczkę, która była jego pierwszym amuletem.
Włożył ją do skrzyni, jak obiecał babci. Oczywiście często ją
odwiedzał, ale nigdy nie brał już jej ze sobą.
Czas
płynął dalej. Jaś zaczął zbierać szklane kulki. Każda z nich
była jego talizmanem, czymś cennym, czymś wyjątkowym, bez czego
nie potrafił sobie wyobrazić życia. Nadszedł wreszcie dzień,
kiedy wraz z rodziną wyprowadził się do nowego mieszkania. Pewnego
dnia razem z mamą postanowił odwiedzić babcię, która tak
naprawdę go wychowała. Gdy byli na miejscu, chłopiec
niepostrzeżenie wymknął się z mieszkania i od razu pobiegł na
strych. Gdy wszedł zauważył, że coś się zmieniło. Nie było
wielkiego, zupełnie nikomu niepotrzebnego kamienia. Nie było starej
drabiny, a jej miejsce zajęła nowa. Spostrzegł, że nie ma także
skrzyni z jego najfajniejszą kuleczką. Kulką, do której miał
największy sentyment. Poczuł, jakby stracił coś najcenniejszego.
Zasmucony zszedł na dół. Wszedł do mieszkania i stanął w
aneksie kuchennym. Niby patrzył na to, jak babcia przygotowuje
herbatę, ale tak naprawdę był nieobecny. Czuł się strasznie. Nie
zauważył nawet, że babcia do niego zagaduje. Stał sam, starając
się powstrzymać od płaczu. W pewnym momencie na swojej głowie
poczuł ciepłą rękę babci. Spojrzał na nią. Babcia uśmiechając
się do Jasia wsunęła w jego dłoń coś co, jak mu się wydawało,
dobrze znał. - To zbyt piękne, aby było prawdziwe – pomyślał.
Spuścił głowę, otworzył dłoń i zobaczył... małą
zielono-niebieską szklaną kuleczkę. Dokładnie tą samą, jaka
zamieszkiwała poddasze. - Jak to możliwe? - zawołał. Okazało
się, że nowy dozorca budynku robił porządki i usuwał zbędne
rzeczy ze strychu. Szukał właścicieli skrzyni, ale ci dawno się
wyprowadzili, zostawiając zbędny bagaż. Gdy babcia dowiedziała
się o tym, postanowiła wyjąć kulkę. Takim sposobem magiczna
kuleczka trafiła z powrotem do chłopca. Moment, w którym otwiera
dłoń i widzi kulkę, chłopiec pamięta do dziś. Zapamiętał
także to mrowienie na plecach, dokładnie takie samo, jakie dziś
czuje pisząc te sława i patrząc na małą zielono-niebieską
szklaną kuleczkę, która leży przed nim. Czego to chłopca
nauczyło. Po pierwsze jeśli się coś pożycza, wypada to oddać. Jeśli coś się obiecuje, wypada dotrzymać słowa.
Po drugie, że są osoby, które myślą o innych i lubią sprawiać
im radość. Taką osobą była babcia. Pogodnym, serdecznym i
kochającym człowiekiem. Choć babci już dawno nie ma, żyje nadal
w moim sercu.
PS. Życzę Wszystkim, abyście na swojej drodze w nowym roku spotykali tylko takie pozytywne, miłe i serdeczne osoby.
Źródło zdjęcia do grafiki: internet.